
Ilustracja: AI
Potężna eksplozja wstrząsnęła Moskwą przed południem 7 sierpnia. Było ją słychać niemal w całym mieście, a nawet na jego peryferiach. Zatrzęsły się ściany i okna, w samochodach włączyły się alarmy, dało się odczuć falę uderzeniową.
Jednak nigdzie nie stwierdzono żadnego pożaru, nie ma śladu po wybuchu, nie było informacji o żadnych katastrofach, czy o pojawieniu się dronów. Tak przynajmniej twierdzi Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych, do którego masowo dzwonili przestraszeni mieszkańcy stolicy.
“Słyszeliśmy w naszym biurze w centrum bardzo głośną eksplozję. Nasi znajomi z zupełnie innych dzielnic słyszeli to samo. Coś wybuchło bardzo głośno, ale nigdzie nie widać co to mogło być” – tysiące takich i podobnych wpisów pojawiły się na lokalnych czatach.
“Nasze jednostki zostały wysłane w celu zbadania terenu, ale nie wykryto żadnych śladów pożaru ani dymu. Nie ma żadnej konkretnej lokalizacji, a zgłoszenia napływają z całej Moskwy. Niczego nie znaleźliśmy” – głosi komunikat resortu sytuacji nadzwyczajnych.
Jego zdaniem, to po prostu jakiś samolot przekroczył barierę dźwięku – zawsze towarzyszy temu huk przypominający wybuch. Ale czy wtedy usłyszałoby go całe rozległe przecież miasto? Nie tylko ludzie w centrum, we wszystkich północnych dzielnicach, ale także na przedmieściach i w podmoskiewskich wsiach? I czy czuliby tak silny podmuch?
Być może. Ale równie dobrze może być tak, że “tam, gdzie wybuchło”, miejskie służby ratunkowe po prostu nie mają wstępu.


