
Collage: AI
Na kilka dni przed 17 września, który od 2021 roku jest przez białoruska propagandę nazywany Dniem Jedności Narodowej Białorusi, władze zaczęły opowiadać Białorusinom w mediach, “jak straszne było życie Białorusinów pod rządami Polski”.
Białorusinom przypomina się o rzekomych prześladowaniach, „etnobójstwie” i terrorze II Rzeczypospolitej. Problem w tym, że – jak zauważa Zmicier Hurniewicz z portalu „Svaboda” – ta opowieść coraz bardziej przypomina opis współczesnej Białorusi.
Przez te wszystkie dni profile instytucji państwowych i mediów regionalnych stały się jedną wielką propagandową gazetą ścienną. Wyglądają, jakby kopiowały identyczne obrazy generowane przez sztuczną inteligencję, „animowane” zdjęcia i krótkie teksty o horrorach życia w „pańskiej Polsce”.
Prawie wszystkie źródła propagandowe opublikowały wygenerowany przez sztuczną inteligencję obraz obozu w Berezie Kartuskiej (obecnie miasto Bereza w obwodzie brzeskim). „Drut kolczasty, 7 dni izolacji, bez światła, jedzenia i snu. Betonowa podłoga z lodu” – głosi opis. Tyle, że został zaczerpnięty bezpośrednio z historii białoruskich więźniów politycznych, którzy opuścili białoruskie więzienia w ciągu ostatniego roku. I jest to opis najbardziej łagodny.
Obóz w Berezie Kartuskiej był okropnym miejscem. Propagandowi dziennikarze piszą o tysiącach Białorusinów, setkach zabitych. Ale to nieprawda. W ciągu pięciu lat istnienia obozu przebywało tam 150 Białorusinów. Ale były tam tysiące Polaków. Byli i Ukraińcy, głównie działacze Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), a także ukraińskich komunistów, w tym Roman Szuchewycz.
Tymczasem na Białorusi rządzonej przez Łukaszenkę, więźniowie polityczni; Witold Aszurak, Mikołaj Klimowicz, Aleś Puszkin, Wadzim Chrasko, Ihar Lednik, Aleksander Kulinicz, Dzmitryj Szlethauer, Walentin Sztermer, Andriej Podniabiennyj zginęli w koloniach białoruskich. I to bez rzekomej „okupacji”, ale na swoim terenie.
Wielu więźniów Berezy Kartuskiej po 17 września 1939 roku zostało zamordowanych przez komunistów, którzy odbijali obóz z rąk Polaków. Na przykład białoruski duchowny Wiaczesław Bogdanowicz był przez 10 lat senatorem w administracji polskiej. Został zwolniony z Berezy przez bolszewików i wkrótce rozstrzelany przez NKWD. Poeta Siergiej Chmara został aresztowany przez NKWD po zwolnieniu z obozu. Uciekł jednak z konwoju, który czekiści wieźli na egzekucję.
Kontrast z okresem sowieckim jest jeszcze bardziej uderzający. W Wilnie Maksim Tank, związany z ruchem komunistycznym, za działalność polityczną mógł trafić do więzienia, ale został zwolniony i nadal publikował białoruskie wiersze. W tym samym czasie w BSRR trwał terror, egzekucje na Kuropatach pod Mińskiem i brutalna rusyfikacja.
Według przytoczonych przez Hurniewicza oficjalnych danych podczas tzw. „operacji polskiej” NKWD w latach 1937–1938 zamordowano na sowieckiej Białorusi 9196 Polaków. Autor zwraca uwagę, że oznaczało to śmierć ca. co trzynastego Polaka mieszkającego wówczas w BSRR.
Również białorutenizacja rozpoczęta w BSRR przez bolszewików w latach 20. szybko się skończyła, a jej inicjatorów poddano represjom. Po wejściu sowietów, szkoły nie stały się więc narzędziem białorutenizacji, przeciwnie, rozpoczął się proces ich rusyfikacji.
Propaganda chętnie mówi również o polskich osadnikach. Hurniewicz zwraca jednak uwagę na paradoks: w międzywojennej Polsce Białorusini mogli posiadać, kupować i sprzedawać ziemię. W BSRR chłopom odbierano ziemię, zwierzęta i narzędzia, a następnie tworzono kołchozy.
Na tzw. zachodniej Białorusi chłopi zachowywali własne gospodarstwa i sami decydowali o swojej pracy. Nie zmuszano ich do oddawania koni czy krów do kołchozów ani do pracy za dniówki pracownicze. Według autora właśnie poziom życia „zachodniobiałoruskiej” wsi był dla części żołnierzy Armii Czerwonej w 1939 roku zaskoczeniem.
Osadnicy rzeczywiście otrzymywali ziemię, jednak jak zaznacza Hurniewicz byli wśród nich przede wszystkim urzędnicy i policjanci, a wielkość części gospodarstw nie odbiegała od majątków zamożniejszych chłopów. Po 1939 roku dziesiątki tysięcy rodzin polskich osadników zostały przez władze sowieckie deportowane na Syberię.
Propaganda przypomina także o protestach społecznych w II RP. Jednym z przykładów było powstanie rybaków nad Naroczą w 1936 roku. W obliczu decyzji władz ograniczających ich dostęp do jeziora rybacy zorganizowali się, zebrali pieniądze na sieci i rozpoczęli strajk.
Ostatecznie zmusili władze do ustępstw. Hurniewicz zwraca uwagę na rzecz, która z perspektywy współczesnej Białorusi brzmi szczególnie wymownie: ludzie mogli wówczas organizować zbiorowy protest i walczyć o swoje prawa ekonomiczne.
Kolejnym propagandowym tematem jest rzekome niszczenie białoruskiego szkolnictwa przez Polskę. Tymczasem historia jest bardziej złożona. Białoruskie Towarzystwo Szkolne działało od 1921 roku. W 1927 roku doprowadziło do otwarcia 78 białoruskich i polsko-białoruskich szkół. W połowie lat 30. prowadziło około 500 kół samokształceniowych, bibliotek, klubów, zespołów teatralnych i chórów. Wydawano również książki, gazety i czasopisma po białorusku.
Hurniewicz wskazuje na ironię współczesnej sytuacji: dziś w Republice Białorusi działalność Białoruskiego Towarzystwa Szkolnego i Białoruskiego Towarzystwa Językowego jest zakazana, a walka o białoruski język toczy się nawet o możliwość otwierania klas!!
Według przytoczonych danych obecnie po białorusku uczy się około 8 proc. uczniów, podczas gdy w 2017 roku było to 13 proc. W 1999 roku około 37 proc. mieszkańców deklarowało białoruski jako język używany w domu; w 2019 roku było to już 26 proc.
Podobnie wygląda kwestia książek. Władze II RP rzeczywiście konfiskowały część białoruskich publikacji, ale książki, gazety i czasopisma w języku białoruskim nadal były wydawane legalnie i nielegalnie. Tymczasem w ostatnich latach na Białorusi zlikwidowano wszystkie białoruskojęzyczne wydawnictwa, a wielu autorów i wydawców trafiło do więzień.
Hurniewicz zwraca też uwagę na propagandowe twierdzenia o paleniu białoruskich książek w Polsce. „W 1927 roku udało im się otworzyć 78 białoruskich i polsko-białoruskich szkół. Ale wyobraźcie to sobie dzisiaj. Dziś walka toczy się o otwarcie klas białoruskich, a nie szkół. I to w suwerennej Republice Białorusi.
W połowie lat 30. XX wieku Białoruskie Towarzystwo Szkolne prowadziło (na dzisiejszej zachodniej Białorusi – red.) pół tysiąca kółek samokształceniowych, bibliotek, klubów, grup teatralnych i chórów. Białorusini publikowali białoruskie książki i czasopisma. Ironia losu. Dziś działalność Białoruskiego Towarzystwa Szkolnego i Białoruskiego Towarzystwa Językowego jest w Republice Białorusi zakazana.
Grodzieński portal informacyjny „Perspektywa” pisze, że w międzywojennej Polsce białoruskie książki palono na placach. Propagandowcy prawdopodobnie pomylili to z sytuacją w BSRR. Udokumentowano masowe palenie białoruskich książek w BSRR w 1937 roku – Gołowlit nakazał konfiskatę i spalenie setek publikacji”.
I właśnie tutaj pojawia się największy paradoks tegorocznej kampanii przed Dniem Jedności Narodowej. Jak zauważa Zmicier Hurniewicz, po stu latach część tych zarzutów brzmi jak opis praktyk stosowanych obecnie przez władze w Mińsku. Wtedy działania te przypisywano państwu polskiemu wobec białoruskiej mniejszości. Dziś owe mechanizmy stosuje państwo białoruskie wobec własnych obywateli.
Propaganda miała przypominać o historii. W efekcie stworzyła jednak opowieść, w której współczesna Białoruś może zobaczyć własne odbicie.


