
Collage / screen
Kilkadziesiąt osób nieśmiało kulących się pod murem to jedyny protest, na jaki zdobyli się zwolennicy ostatniej partii opozycyjnej w Rosji – Jabłoko, której reżim Putina zabronił startu w wyborach parlamentarnych.
Trudno to nazwać wiecem, a tym bardziej demonstracją w 17-milionowej aglomeracji. Spośród tych nielicznych, którzy jeszcze odważyli się przyjść i zaprotestować w poniedziałek przed gmachem Sądu Najwyższego w Moskwie, policja i Rosgwardia powyciągały i zabrały po kolei co najmniej 35 osób – podaje Meduza. Zostało niewiele.
Jak na fakt, że właśnie usuwana jest z zaplanowanych na wrzesień wyborów jedyna działająca jeszcze partia opozycyjna to żaden protest. Jabłoko, które występuje też przeciwko wojnie na Ukrainie, zaskarżyło decyzję władz do Sądu Najwyższego i ma nadzieję, że coś tam osiągnie.
Jeden z zatrzymanych to 73-letni aktor Wiktor Bałabanow, niedoszły kandydat tej partii do Dumy Państwowej. Policja zwinęła go brutalnie, mimo że jest schorowany i ma rozrusznik.
Niektórych może dziwić po co reżim w ogóle zadaje sobie tyle trudu, by zablokować udział w wyborach partii, która – jak widać – potęgą polityczną dawno już nie jest.
Powód jest prosty: ludzie boją się otwarcie protestować na ulicy, ale przy urnie wyborczej mogliby po prostu na złość władzy liczniej poprzeć opozycję. Tym bardziej, że po wyborach wielu z nich czeka przymusowa wysyłka na front w ramach mobilizacji i niemal pewna śmierć. A wybór mieliby w takim przypadku niewielki – w zasadzie tylko Jabłoko.
I nawet jak oficjalnie ogłosi się potem wyniki sfałszowane, co jest niemal pewne, to jak tu zameldować Putinowi, że faktycznie opozycja niespodziewanie zdobyła duże poparcie? To jak się staraliście? – padnie pytanie. I o kolejnym awansie można zapomnieć, a nawet stracić obecny stołek.
Dlatego reżim woli na zimne dmuchać i uniknąć jakichkolwiek niespodzianek, po prostu totalnie wycinając opozycję z wyborów.



