
Collage / fot: Służba Prasowa Prezydenta RB / TASS / Zerkalo
Aleksander Łukaszenka pierwszy raz otwarcie przyznał, że armia białoruska nie jest w stanie stawić czoła wojskom sąsiednich państw. “Wojna z nimi to jak śmierć” – ostrzegł.
Występując 11 września na poligonie Obuz-Lesnowski pod Baranowiczami białoruski dyktator zapewnił, że nie zamierza na nikogo napadać. Okazuje się jednak, że nie dlatego, iż tak bardzo kocha pokój, tylko z czystej kalkulacji, gdyż według niego armia białoruska nie byłaby w stanie takiej wojny wygrać.
“Niektórzy nam zarzucają, że chcemy na nich napaść. Powtarzam: nie zamierzamy, jesteśmy pragmatykami. Świetnie wiemy, że jeśli napadniemy na któregoś z naszych sąsiadów, to byłoby dla nas jak śmierć. Nie jesteśmy w stanie wygrać z tymi potworami dookoła. Więc po co zaczynać wojnę? Ale oczywiście mamy obowiązek bronić każdego milimetra naszej ziemi” – podkreślił Łukaszenka.
Potem już rutynowo ponarzekał na “prowokacje i naruszenia przestrzeni powietrznej Białorusi przez wrogie wywiady”, choć oczywiście nie wyjaśnił gdzie i kiedy takie zdarzenia miały rzekomo miejsce.
“Najgorsze jednak, że nasi sąsiedzi wydają miliardy dolarów na zbrojenia. Dlatego nasze wojsko musi być gotowe do szybkiej i skutecznej reakcji, jeśli do czegoś dojdzie. A najważniejsze jest dowodzenie i łączność” – podkreślił dyktator.
“Bez łączności nie można stawić żadnego oporu, ani bronić się, ani atakować. Jeśli nie ma łączności i dowodzenia – zginęliśmy. A w warunkach, gdy cały świat intensywnie rozwija technologie informatyczne, środki rozpoznania i walki radio-elektronicznej, opóźnienie w tej dziedzinie również byłoby niczym śmierć” – ostrzegł wojskowych Łukaszenka.



