
Ceną za “dalszy bankiet” Łukaszenki może być los naszego państwa, narodu i milionów Białorusinów – z takim ostrzeżeniem wystąpił czołowy białoruski opozycjonista, wieloletni więzień polityczny Mikołaj Statkiewicz, pułkownik rezerwy. Przytaczamy jego tekst na Telegramie w całości:
Przeanalizowałem różne opcje kontynuowania przez Moskwę wojny przeciwko Ukrainie: mobilizacja, użycie taktycznej broni jądrowej i rozszerzenie linii działań militarnych o Białoruś. Chcę ocenić, ku której z tych opcji skłania się obecnie Kreml.
Rosja przygotowuje się do nowej mobilizacji po wyborach do parlamentu we wrześniu. Według szacunków analityków wojskowych, może zmobilizować od pół miliona do miliona nowych żołnierzy, którzy wyruszą na front już w listopadzie.
Strona ukraińska twierdzi, że na Białorusi przy granicy z Ukrainą trwa intensywna rozbudowa infrastruktury wojskowej. Można więc przewidywać, że Moskwa planuje przerzut swoich sił z innych kierunków na nasze terytorium, na front białoruski, by ponownie zaatakować Ukrainę od północy i powtórzyć próbę przedarcia się na Kijów z 2022 roku.
To drugie, biorąc pod uwagę bagnisty teren wzdłuż znacznej części granicy i przewagę Ukrainy w dronach, ma niewielkie szanse powodzenia. Jednak z naszego terytorium Rosjanie mogą prowadzić zmasowane, precyzyjne ataki dronów i rakiet na Ukrainę, by wymusić jej kapitulację.
W odpowiedzi siły ukraińskie przeprowadzą, oczywiście, zmasowane ataki na rosyjskie systemy na Białorusi – na łączność, sprzęt, magazyny, punkty dowodzenia i rozmieszczenia wojsk. Celem staną się też nasze drogi, mosty, miasta, obiekty wojskowe i rafinerie, zwłaszcza te w zasięgu najskuteczniejszych ukraińskich dronów Hornet ze sztuczną inteligencją.
Ta strefa uderzeń obejmie głównie tereny do 150 km od granicy, ale także Homel, Brześć, Mozyrz, Pińsk i wiele mniejszych miast i wsi. Jeśli Rosjanie zaczną z Białorusi ponownie atakować ukraińskie obiekty energetyczne, otrzymamy lustrzaną odpowiedź – dalekosiężne ataki Ukrainy na nasze obiekty w całym kraju.
Zniszczenie budynków na obszarach zaludnionych, zakładów przemysłowych i infrastruktury, ofiary wśród ludności oraz brak prądu i ogrzewania w dużych miastach – taka będzie cena nawet naszego biernego współudziału w agresji.
Do tego dojdą konsekwencje samej obecności walczących obcych wojsk na naszej ziemi. To będą przecież żołnierze, którzy wiedzą, że za chwilę zginą w bagnach Polesia, więc na koniec zechcą się zabawić. I którzy uważają, że cała miejscowa ludność ma obowiązek spełniać każde ich życzenie w zamian za “ochronę przed ukraińskimi nazistami”.
Wiedzą też, że za morderstwa, rabunki i gwałty na cywilach na Białorusi nie grozi im żadna kara. Nawet jak sprawa trafi do sądu, co mało prawdopodobne, to i tak odeślą ich znowu na front.
Białoruś zaznała już w swej historii długotrwałej obecności wojsk moskiewskich, chociażby podczas wojny z lat 1654-1667, którą Rosja haniebnie nazywa “wojną polską”, mimo że zginęła wtedy ponad połowa Białorusinów. Nie będę tu przypominał wszystkich okrucieństw tej wojny – to temat na całą książkę. Ale podam jeden przykład.
W 1654 roku wojska moskiewskie obległy Mohylew. Obrona trwała krótko, bo mieszkańcy – w większości prawosławni – dobrowolnie otworzyli bramy swoim współwyznawcom. Jednak później, poznawszy bliżej tych swoich “braci w wierze”, ci pokojowo nastawieni ludzie zbuntowali się w 1661 roku i niemal doszczętnie wybili cały 7-tysięczny garnizon “wyzwolicieli”.
Obecna sytuacja będzie też miała dla nas bardzo złe długofalowe konsekwencje, gdyż nawet po zawarciu pokoju między Rosją i Ukrainą wycofać wojska rosyjskie z naszego terytorium będzie bardzo trudno.
Nie zdoławszy zdobyć dużego kraju, Putin może zdecydować się na aneksję przynajmniej mniejszego, czyli Białorusi, by usprawiedliwić w oczach Rosjan śmierć i rany setek tysięcy swoich żołnierzy i móc ogłosić to zwycięstwem.
Oczywiście, rządzący na Białorusi reżim robi wszystko, by uniknąć takiego scenariusza. Ale całkowite uzależnienie od Moskwy sprawia, że odmowa wykonania “sojuszniczego obowiązku” staje się coraz trudniejsza. Za dekady utrzymywania się tego reżimu u władzy prędzej czy później trzeba będzie zapłacić wysoką cenę. Takie bonusy nigdy nie są darmowe.
Nasz kraj zapłacił już za to oddaniem własnego języka, historii i kultury. Ale to tylko zaostrzyło apetyt Rosjan na całkowite wchłonięcie Białorusinów, których nazywają “sztucznym narodem mówiącym tym samym, co my językiem”. A Moskwa potrzebuje nowych żołnierzy i nowych baz wojskowych do przyszłych wojen.
Teraz ceną za kontynuację “bankietu jednej rodziny” na Białorusi może być los całego naszego państwa, naszego narodu i milionów Białorusinów – ostrzega białoruski dysydent.




1 komentarz
LT
30 lipca 2026 o 16:19Na moją logikę to taki atak opłaciłby się Rosji
Wzdłuż polskiej granicy prosto na południe
I od południa na Odessę aż po rumuńską granicę tak aby połączyć się Nadniestrzem
Okrążona ze wszystkich stron Ukraina nie miałaby szans na obronę.
Na Kremlu myślą jednak inaczej.
W pieriod i setki tysięcy do piachu,
a trzydniowa operacja potrwa jeszcze 10 lat.
Obym się mylił.