
Denis Daszkiewicz/ Fot: facebook.com
„Byłem w rozpaczy, napisałem głupotę”. Białoruski aktywista tłumaczy się z wpisu o dzieciach liderki białoruskiej opozycji. A my pytamy; to groźba czy desperacki krzyk o pomoc?
Jedna emocjonalna wiadomość wystarczyła, by wybuchła polityczna burza. Białoruski aktywista z Rohaczewa Denis Daszkiewicz, mieszkający w Polsce, znalazł się w centrum skandalu po tym, jak w prywatnej korespondencji użył skandalicznego sformułowania dotyczącego dzieci liderki białoruskiej opozycji Swiatłany Cichanouskiej. Białoruska propaganda oskarżyła go o przygotowywanie zamachu na rodzinę polityczki, będącej pod ochrona państwa polskiego. Sam Daszkiewicz stanowczo zaprzecza i przekonuje, że nie planował żadnej przemocy, a jego słowa były jedynie desperacką reakcją na decyzję polskich władz o odebraniu mu statusu uchodźcy.
23 lipca Białoruś ostrzegła Polskę przed możliwym „atakiem terrorystycznym” związanym z rzekomo zaplanowanym atakiem na dzieci Cichanouskiej.
Źródłem rewelacji, na które powołuje się reżim białoruski, był Roman Protasiewicz, były białoruski działacz opozycji, aresztowany 23 maja 2021 br. po uprowadzeniu przez Mińsk samolotu lecącego nad Białorusią (rejs Ateny – Wilno). Domniemany – niedoszły sprawca od 2022 roku mieszka w Polsce, w 2023 roku wszczęto przeciwko niemu na Białorusi postępowanie karne za znieważenie Łukaszenki. Mężczyzna prowadził lokalny portal.
Kanał Protasewicza w Telegramie twierdził, że Daszkiewicz szukał informacji o miejscu pobytu Cichanouskiej i jej dzieci, a także rozważał możliwość przeprowadzenia zamachu, aby zwrócić uwagę na swoje problemy w Polsce, ponieważ został pozbawiony statusu uchodźcy.
Daszkiewicz w rozmowie z redakcją Zerkalo.io zauważył, że o publikacji dowiedział się od dziennikarzy.
„Jestem trochę zszokowany. Ani Protasiewicz, ani białoruscy propagandyści się ze mną nie skontaktowali, nie prosili o wywiad. Osobiście w ogóle nie znam Romana Protasiewicza. Dlaczego to napisał, nie rozumiem” – skomentował.
Daszkiewicz nie zaprzecza, że wspominał o dzieciach Cichanouskiej na prywatnych czatach, w szczególności z uczestnikami czatu „Partizanka”, do których zwracał się o pomoc.
„Byłem pod wpływem emocji i napisałem do kilku obrońców praw człowieka coś w stylu: »Co, zabrać dzieci Cichanouskiej, żeby zwróciły uwagę na mój problem?«. Przyznaję się. Ale nie podjąłem żadnych działań: nie szukałem jej, nic do niej nie pisałem i nigdzie nie dawałem temu wyrazu publicznie” – powiedział Daszkiewicz. Dodał, że „pisał do wszystkich po kolei, bo nie wiedziałem, co robić”.
„Człowiek otrzymuje taki dokument (o cofnięciu statusu uchodźcy – red.) – i zdaje sobie sprawę, że na Białorusi faktycznie czeka go śmierć. To nie jest usprawiedliwienie, ale byłem w bardzo trudnym stanie emocjonalnym” – zauważył.
Daszkiewicz twierdzi, że jego korespondencja trafiła do białoruskich służb specjalnych. Według niego, strona białoruska poinformowała wówczas Polskę oficjalnymi kanałami o rzekomym przygotowywaniu „ataku terrorystycznego”. Później zgłosili się do niego funkcjonariusze polskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
„Pokazali materiały: białoruski minister przekazał stronie polskiej informację o przygotowywanym w Polsce zamachu terrorystycznym. Początkowo, o ile rozumiem, moje nazwisko nie zostało tam nawet wymienione, ale chodziło o mnie” – powiedział Białorusin.
Daszkiewicz pokazał pracownikom Agencji swoją korespondencję i udzielił wyjaśnień. Według niego kontrola trwała kilka dni i została już zakończona. Brak oficjalnych informacji od ABW o wynikach kontroli.
23 lipca Białoruś poinformowała, że poinformowała Polskę o przygotowywanym w kraju zamachu terrorystycznym, który miał polegać na skrzywdzeniu dzieci białoruskiego aktywisty.
W odpowiedzi Warszawa oświadczyła, że polskie służby wywiadowcze traktują wszystkie informacje o potencjalnych zagrożeniach z należytą powagą.



Dodaj swój komentarz