Pięciu najemników z Kolumbii poddało się hurtem armii ukraińskiej, by uniknąć kulki od Rosjan lub śmierci z pragnienia.
By ściągnąć nowe mięso armatnie z całego świata, Rosja stosuje ciągle tę samą do znudzenia metodę: obiecuje bajeczne pieniądze i “służbę tylko na tyłach”. A kiedy już mają człowieka na miejscu, to po prostu wciskają mu w ręce kałacha i pchają go do szturmu pod groźbą rozstrzelania.
A że głupich nie sieją, to nieustannie znajdują się nowi łasi na łatwy zarobek naiwniacy. Tym razem dało się w ten sposób skusić pięciu Kolumbijczyków. Kiedy dodarło do nich, że żadnej “służby na tyłach” nie będzie, tylko mają biec na jednorazowe spotkanie z ukraińskimi dronami, chcieli się wycofać, ale było już za późno.
“Albo idziecie natychmiast, albo was tu rozwalimy” – usłyszeli od swoich rosyjskich “towarzyszy broni”. Z kałasznikowem przystawionym do pleców raczej się nie dyskutuje, więc co było robić – poszli. Na drogę nie dostali ani żywności, ani nawet wody, gdyż rosyjski dowódca najwyraźniej uznał, że nie będzie im to już potrzebne.
Kiedy zniknęli swoim prześladowcom z oczu, zapadli w jakiejś jamie, skąd już nie mieli ruchu ani do przodu, ani do tyłu. Po sześciu dniach zrozumieli, że jak tak dalej pójdzie, to umrą jak nie z głodu, to na pewno z pragnienia.
Postanowili więc się poddać, ruszyli w stronę pozycji ukraińskich, zostali zauważeni z drona i na widok pierwszego napotkanego ukraińskiego żołnierza rzucili karabinki i położyli się na ziemi.
“Próbowałem im wytłumaczyć na migi, gdzie mają dalej iść, ale nie rozumieli. W końcu mówię im: Let’s go i machnąłem ręką. Nagle zrozumieli i pognali jak antylopy” – opowiada ukraiński szeregowy “Kuzia” z 33 Brygady, który tym razem robił za “jednoosobowy komitet powitalny tej kolumbijskiej delegacji”.
Pewnie kiedy wrócą do kraju, opowiedzą swojej rodzinie i znajomym o tej swojej niezbyt chwalebnej “karierze” w armii rosyjskiej. Ale co z tego, skoro na ich miejsce zawsze znajdą się jacyś kolejni, czy to w Indiach, czy w Afryce, czy na Kubie. No bo przecież władze Rosji obiecują…


