
Collage / fot: Kremlin.ru. Sputnik
Trzeba przyznać, że pod względem dosadności język niemiecki jest czasem bezkonkurencyjny. I na domiar złego Putin go zna.
Na Kremlu zawrzało po tym jak kanclerz Niemiec, Friedrich Merz w TV Sat1 nazwał rosyjskiego dyktatora: Kriegsverbrecher – zbrodniarz wojenny.
“To zapewne najgroźniejszy zbrodniarz wojenny naszych czasów. I powinniśmy go traktować jak zbrodniarza wojennego. Nie może być wobec niego żadnych ustępstw i nie mam żadnych podstaw, by mu wierzyć w jakiejkolwiek sprawie” – podkreślił niemiecki kanclerz.
Według niego, Putin nie chce żadnego rozejmu, ani pokoju z Ukrainą i dlatego trzeba go do tego zmusić. Nie da się tego zrobić drogą militarną, więc trzeba to zrobić ekonomicznie, wyczerpując jego potencjał gospodarczy, m. in. nakładając sankcje na wszystkich, którzy jeszcze handlują z Rosją.
Merz przyznał jednak, że z powodu działań Donalda Trumpa, Putin nie jest już w tak silnej dyplomatycznej izolacji jak wcześniej, gdy Joe Biden otwarcie nazywał rosyjskiego dyktatora “mordercą, który zabił tysiące ludzi, chce odbudować sowieckie imperium i pochłonąć całą Ukrainę”.
Epitet “Kriegsverbrecher” wzbudził wściekłość władz w Moskwie, tym bardziej, że publicznie padał on po niemiecku m. in. w czasie Procesów Norymberskich nad hitlerowskimi zbrodniarzami wojennymi.
Rzecznik Putina, Dmitrij Pieskow próbował to jednak zbagatelizować: “W ostatnim czasie Merz dopuścił się szeregu złych wypowiedzi o naszym prezydencie. Dlatego nie można tego w ogóle brać pod uwagę” – oświadczył.
Kreml może, oczywiście, brać pod uwagę tylko komplementy od Orbana i Fico lub zachwyty Trumpa, dopóki ten – prędzej czy później – nie zacznie mówić tak samo jak Biden. Ale udawać, że Niemcy – jeszcze do niedawna największy sojusznik Rosji w Europie – po prostu nie istnieją? Może być z tym duży problem.
Zobacz także: Szok w Rosji! Putin: gaz się skończył, przechodzimy na węgiel.
KAS


