
Ilustracja: AI
Zdumiewającego odkrycia dokonali archeolodzy w ruinach Klasztoru Bernardynek z XVII wieku na terenie obecnej Twierdzy Brzeskiej na Białorusi, czyli w Brześciu Litewskim dawnej Rzeczypospolitej. Fabryka narkotyków sprzed prawie 400 lat? Nie, to niemożliwe.
Położony na Wyspie Wołyńskiej, czyli w południowej części twierdzy klasztor jest obecnie w stanie tak zwanej “zabezpieczonej ruiny”, czyli nie kompletnie zrównany z ziemią, ale i nie zachowany w całości. Przetrwały głównie grube, ceglane mury przyziemia, piwnice, korytarze i część charakterystycznych łukowych sklepień. Idealne miejsce na znalezienie skarbu?
Obecnie restauratorzy zabytków, w asyście archeologów próbują trochę wzmocnić stropy i fundamenty i jak zawsze przy takich pracach co i rusz znajdują coś ciekawego z dawnych wieków. Tym razem najpierw natrafili na sporą ilość monet – tzw. boratynek, czyli szelągów miedzianych masowo bitych za Jana Kazimierza w latach 1659-1667.
Żaden to skarb, bo wartość numizmatyczna tych monet jest znikoma. Produkowano je w miliardowych ilościach i są dziś tylko dowodem na inflację szalejącą w Polsce po Potopie szwedzkim. Jest to jednak o tyle ciekawe, że monety te bito niemal tuż obok – w sąsiednim Klasztorze Bernardynów (dziś już prawie nic z niego nie zostało) – tam bowiem Sejm nakazał w 1659 roku umieścić mennicę.
Działała krótko, bo tylko 13 miesięcy (1665/1666), ale ekstremalnie wydajnie. Zarządzał nią Tytus Liwiusz Boratini i wyprodukował tam tych boratynek ze 240 milionów. Oczywiście braciszkowie zakonni się tą świecką działalnością nie parali, a tylko udostępnili pomieszczenia.
Tak, czy siak, sporo tych monet przemieściło się – przez most nad Muchawcem – od panów zakonników do pań zakonnic, jak to w życiu zwykle bywa, a siostrzyczki skrzętnie ukryły swój “skarb”. A może trafił tam podziemnymi korytarzami między tymi klasztorami, o których do dziś krążą legendy?
W każdym razie boratynki nie zrobiły na archeologach większego wrażenia i zaczęli szukać dalej. Kolejnym znaleziskiem były fragmenty ceramiki i zdobione kafle pieców. I choć są swoiste małe kolorowe dzieła sztuki, często z herbami fundatorów, motywami roślinnymi, czy nawet postaciami świętych, to na bogatej w artefakty Ziemi Brzeskiej także nic nowego.
Aż w końcu w jednym z pomieszczeń natknęli się na coś, co wprawiło ich w autentyczne zdumienie. Stało tam bowiem blisko tysiąc szklanych kolb, butelek i ampułek z jakimiś podejrzanymi płynami. Posłano je do ekspertyzy chemicznej i wkrótce nadeszły sensacyjne wyniki.
Okazało się, że w klasztorze – i to w ilościach niemal przemysłowych – zgromadzono morfinę, kodeinę i barbital – poprzednik późniejszego Veronalu, czyli narkotyki i silne środki nasenne. A ponadto kamforę, kofeinę i fenol do odkażania ran.
Siostrzyczki w XVII wieku prowadziły nielegalne narkotykowe laboratorium? A może poszukiwały alternatywnych metod transcendencji? Spokojnie, nic z tych rzeczy. Aż takiej wiedzy chemicznej, wyprzedzającej światową medycynę o ponad dwa stulecia nie miały.
Zagadka wyjaśniła się, gdy historycy przypomnieli sobie, że w klasztorze znajdował się za cara rosyjski lazaret wojskowy, a potem – w czasach II RP – polski szpital Garnizonu Brzeskiego. Znaleziona szpitalna apteka jest więc perfekcyjnie zakonserwowaną “kapsułą czasu”, pozwalającą nam lepiej odtworzyć stan dawnej wojennej medycyny.
Kiedy prace renowacyjne w klasztorze bernardynek się zakończą, władze Brześcia planują tam urządzić ekspozycję muzealną. Pewnie znajdzie się tam miejsce i dla XVII-wiecznych siostrzyczek, które tak niecnie podejrzewaliśmy o handel morfiną za boratynki i dla pamiątek po dawnych szpitalach wojskowych.
A jeśli ktoś nadal liczy na “prawdziwy skarb” to przecież prace archeologów jeszcze się nie skończyły…

