Czy Polacy i Ukraińcy spotykają się tylko na gruncie Wołynia?
W ferworze dyskusji na temat rzezi wołyńskiej – tej toczącej się w Polsce, od niej zacznijmy – brakuje refleksji nad szerszym kontekstem stosunków między oboma narodami.
Z jednej strony aktywni są ludzie, którym nie w smak jest samo pojęcie narodu, w związku z czym proponują aby, zapomniawszy historię, post-Polacy i post-Ukraińcy, jedni i drudzy, pojednali się jako nowocześni Europejczycy.
Z drugiej strony widoczni są zwolennicy obrania twardego kursu wobec naszego południowo-wschodniego sąsiada. Według nich należy zachować wobec Ukrainy daleko idącą nieufność, a przede wszystkim wymusić na niej państwowe potępienie OUN i UPA jako organizacji zbrodniczych.
Nie wolno nam jednak zapominać – to zarzut wobec pierwszej strony tego sporu – że nie wymyślono na razie tożsamości będącej lepszym inkubatorem kultury dla człowieka, niż tożsamość narodowa.
Po drugie – to odpowiedź stronie przeciwnej – ludobójcze praktyki ukraińskich nacjonalistów nie reprezentują całokształtu relacji między naszymi narodami. Oczywiście, znamy z historii wydarzenia wpisujące się w ten schemat, tzn. takie, gdy przodkowie dzisiejszych Ukraińców dokonywali rzezi na Polakach – myślę tu chociażby o mordzie na polskich jeńcach pod Batohem w 1652 roku; znamy też i takie, gdy to strona polska – w oczach naszych sąsiadów – okazała się wiarołomna, bo tak przecież postrzegany jest chociażby fakt podpisania pokoju ryskiego w roku 1921, bez oglądania się na wschodniego sojusznika.
Jednakże istnieje cały katalog sytuacji historycznych, w których Polacy i Ukraińcy współpracowali ręka w rękę. Tak było chociażby w roku 1621, w czasie pierwszej bitwy pod Chocimiem, kiedy to hetman Sahajdaczny przyprowadził w sukurs Koroniarzom kilkadziesiąt tysięcy doborowego wojska.
Nie trzeba zresztą w tej kwestii sięgać aż do doświadczeń XVII-wiecznych, pod ręką mamy zasygnalizowany wyżej udział Ukraińców w wojnie polsko-bolszewickiej. Udział po naszej stronie.
I wreszcie – co chyba najbardziej kontrowersyjne z punktu widzenia miłośników teorii o marionetkowym rządzie w Kijowie, sterowanym przez ciemne siły amerykańsko-niemieckie – również dzisiaj Ukraina – wobec Polski i wobec Europy – pełni funkcję przedmurza broniącego (zniewieściały) świat Zachodu przed rosyjskim imperializmem. Kto uważa, że rosyjski imperializm to zdezaktualizowany straszak, niech wspomni Gruzję, niech wspomni Krym.
Odznaczony niedawno przez Prezydenta Orderem Orła Białego Bronisław Wildstein napisał w jednym ze swoich artykułów ważkie słowa: o historii trzeba pamiętać. Ale historię trzeba także umieć przekraczać.
Taki jest bowiem sens przebaczenia, będącego jednym z fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej. Pamiętam, ale pamięć ta nie zatruwa mojej duszy.
Oczywiście, polską wrażliwość historyczną kłują pomniki Bandery – w sensie retorycznym, bo przecież chodzi również o ulice, odznaczenia, itd. Ale trzeba pamiętać o tym, że jest to pamięć (pielęgnowana świadomie lub też nie) wybiórcza: pamięć o OUN-UPA nie ma ostrza antypolskiego. Ma ostrze antyrosyjskie.
Zresztą, widać też sygnały pozytywne. Ważne w tym kontekście jest oświadczenie skrajnej z naszego punktu widzenia organizacji nacjonalistycznej UNA-UNSO, z którego jasno wynika, że bohaterami narodowymi nie mogą być ci, którzy dopuszczali się mordów na cywilach, czytaj: wołyńscy zbrodniarze.
Jeden z reprezentantów piłkarskiej drużyny ukraińskiej powiedział po przegranym meczu z Polską, że spotkanie to traktuje jako derby…
Spotkanie Polska-Ukraina jako derby Rzeczpospolitej? To chyba piękna koncepcja. Bez zapominania o niejednokrotnie bolesnej przeszłości, szukajmy – również w historii – dróg porozumienia na przyszłość, po to, żeby w oparciu o podobny genotyp polityczny odpowiadać na trudne wyzwania współczesności.
Dominik Szczęsny-Kostanecki
