
Ilustracja: media społecznościowe
Białoruski dyktator złożył roboczą wizytę w rejonie wilejskim i był wstrząśnięty tym, co tam zobaczył.
Wcześniej jego administracja, która przeprowadziła tam “monitoring”, zameldowała mu, że mieszkańcy wsi skarżą się na brak jabłek, kartofli, buraków i cebuli. Ciężarówki, które docierają tam w ramach obwoźnego handlu – food trucki to chyba dla nich zbyt dumne określenie – w ogóle tego nie dowożą.
“No to się doczekaliśmy. Doszliśmy do tego, że na wsi nie ma ani cebuli, ani ziemniaków, ani buraków” – oburzał się Łukaszenka, którego cytuje agencja BELTA.
Przypomniał też “kryzys ziemniaczany” z ubiegłego roku, gdy nagle na Białorusi zabrakło kartofli, a ich ceny poszybowały w górę. Jego zdaniem, w tym roku nie powinno być takiego kryzysu, ale “zima nie za górami” – ostrzegł.
Oczywiście Łukaszenka ma zawsze to samo wytłumaczenie wszelkich trudności: ludzie za mało i źle pracują. Nigdy nie przyjdzie mu do głowy, że może coś jednak jest nie tak z jego zarządzaniem i całą sowiecką konstrukcją państwa, którą stworzył. I oczywiście pomija milczeniem fakt, że ziemniaków i innych warzyw brakuje bo są hurtowo wywożone do Rosji.
Ale tym razem trzeba mu przyznać trochę racji. Bo o ile można zrozumieć brak warzyw w miastach, to trudno pojąć, dlaczego ludzie na wsi nie mogą ich sobie po prostu zasadzić w swoich ogródkach. Co jak co, ale cebula na grządce i jabłko na drzewie przecież wyrośnie.


