„Żołnierze wyklęci nie byli aniołami, działali w niezwykle trudnych warunkach i zdarzały się różne dramaty i tragedie. Uważam jednak, że nazywanie pacyfikacji wsi ludobójstwem, to wielka przesada” – powiedział w rozmowie z zw.lt autor książki „Ta nasza wolność. Reportaże historyczne” Dariusz Jarosiński, która została wydana przez Oddział IPN w Białymstoku.
Dariusz Jarosiński w rozmowie z Antonim Radczenko mówi, że w swojej pracy nie unikał tematów trudnych. Kilka tekstów poświęcił kpt. Romualdowi Rajsowi-Buremu, którego pewne środowiska postkomunistyczne czy białoruskie uważają za mordercę. Jarosiński uważa, że jest to niezwykle zasłużony dla polskie wolności dowódca podziemia antykomunistycznego, i najbardziej opluwany.
„Zarzuca się mu, że pacyfikował wsie białoruskie z pobudek narodowościowych czy religijnych, co akurat jest nieprawdą. Bo w jego oddziale pełnili ważne funkcje dowódcze Białorusini i prawosławni. A ci Białorusini, którzy okazali się zdrajcami Polski, bo dążyli do przyłączenia Białostocczyzny do Związku Sowieckiego lub współpracowali z NKWD lub UB odpowiadali, jak wszyscy zdrajcy. Tak samo Polacy, jeśli byli zdrajcami, to byli karani przez podziemie niepodległościowe”, mówi Jarosiński.
Gdy Antoni Radczenko wskazuje, że wśród ofiar były również kobiety i dzieci, Jarosiński mówi:
„Oczywiście nie obyło się bez dramatów, bez tragedii. Dzieci niestety też zginęły. Jeżeli oddział wchodził do wsi, to najpierw była nakazywana zbiórka mieszkańców. Ci, którzy nie zastosowali się do polecenia stawienia się, to ich domy były podpalane. I ci, którzy nie chcieli opuścić tych domów, po prostu ginęli w płomieniach”.
„Nie jesteśmy święci, ale przepraszać Białorusinów nie mamy za co”
Kresy24.pl/zw.lt/AB

