Kształt specjalnego “sądu antykorupcyjnego” mającego być młotem na wszędobylskie łapówkarstwo jest przedmiotem starcia między siłami politycznymi na Ukrainie, ale również – między Kijowem a zagranicą. O co w tym wszystkim chodzi?
W tej chwili na stole leży tzw. projekt Poroszenki, dyskutowany w tej chwili przez Werchowną Radę, czyli jednoizbowy ukraiński parlament.
Złośliwi twierdzą, że prezydent przepycha projekt sądu antykorupcyjnego po to, by w zamian dostać pożyczkę od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, będącego agendą ONZ.
Dzisiaj zakotłowało się po tym, gdy tenże Fundusz podał projekt Poroszenki zdecydowanej krytyce i w tonie ultymatywnym: albo zmiana projektu, albo pieniądze nie zostaną przyznane.
Główne zarzuty MFW dotyczą braku spójności prawnej – między innymi z ustawą o Narodowym Biurze Antykorupcyjnym Ukrainy, możliwości grania na zwłokę, a także doboru sędziów (brzmi znajomo, prawda?)
Co się tyczy tego ostatniego, dyrekcja Funduszu pragnie sobie zagwarantować możliwość blokowania nominacji zdegenerowanych sędziów “przez przedstawicieli zachodnich donorów”.
Foreign-owned country?
A najlepsze jest to – myślę, że ten fragment spodoba się polskiej prawicy – że Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swojej odpowiedzi co i rusz powołuje się na Komisję Wenecką.
W tym kontekście należy odczytywać wypowiedź jedno z deputowanego partii prezydenckiej Serhij Aleksiejew, który wywiadzie dla espresso.tv stwierdził dzisiaj: “rok, najmniej rok”, że zacytujemy “Misia”.
Zdaniem Aleksiejewa, same tylko prace nad ustawą potrwają jeszcze dwa miesiące.
Telesfor


