Prezydent Ukrainy zwrócił się dziś z apelem do państw grupy G7, by nie uznały ważności wyborów prezydenckich na Krymie, które, podobnie, jak w Rosji, mają odbyć się 18 marca.
Pozwoliłem sobie na cudzysłów w tytule, ponieważ wybór został już w Rosji dokonany. Tamtejszych wyborców w trudnej sztuce podejmowania – często niełatwych – decyzji wyręczył Władimir Putin.
Tak naprawdę jednak nawias powinien być piętrowy. Jaką bowiem wartość w kategoriach prawa międzynarodowego mają krymskie “wybory”? Równie dobrze Putin mógłby zarządzić wybory prezydenta Rosji w Australii.
Sumując jedno i drugie, otrzymujemy monstrualne szyderstwo z semantyki, skutkujące w kręgach akademickich, czymś, co można nazwać aporią Rosji, a wśród zwykłych ludzi – poczuciem, że robi się z nich wała.
Poczucie to najsilniej daje się odczuć na Ukrainie, której Rosja Krym ukradła, a na dodatek – niczym Kuklinowski Kmiciowi – “boczków jej przypieka”.
Żarty na bok! Pod apelem prezydenta Poroszenki powinny podpisać się nie tylko kraje G7, ale wszyscy członkowie ONZ. Minus jeden oczywiście.
Telesfor
