
Łukaszenka walczy o plony każdego lata. Zdjęcie: Biuro Prasowe Prezydenta Republiki Białorusi
Łukaszenka kazał wysłać „nieudaczników” do wojska. Urzędnicy wykonują rozkaz jak za schyłku Breżniewa. To miała być kara dla „nieudolnych” rolników i urzędników. Wyszła z tego jednak scena jak z politycznej groteski.
Reżim Aleksandra Łukaszenki wysłał pierwszych kołchoźników na szkolenia wojskowe, za niewywiązanie się z obowiązków podczas tegorocznych żniw. Problem w tym, że nawet białoruscy urzędnicy doskonale wiedzą, jak absurdalny jest cały pomysł.
Ministerstwo Obrony opublikowało zdjęcia pierwszych uczestników „wojskowych zbiorów”. Trafili tam pracownicy i kierownicy przedsiębiorstw rolnych, którzy – według władz – nie zapewnili właściwego wykonania zadań podczas żniw.
Pomysł Łukaszenki od początku budził zdumienie. Na wsi brakuje rąk do pracy, trwa sezon żniwny, a jednocześnie część pracowników zamiast ratować zbiory odesłano do wojska. Co więcej, w tym samym czasie niedoświadczone wojsko kierowane jest do prac polowych.
Absurd? Owszem. Ale jeszcze bardziej wymowne jest to, że wszyscy wokół Łukaszenki zdają się doskonale rozumieć, że ten rozkaz nie ma większego sensu – a mimo to wykonują go z pełnym zaangażowaniem.
Generał Igor Karajew, który bez wahania podporządkował się decyzji, sam przyznał, że na białoruskiej wsi brakuje pracowników. Przy okazji raportowania o pierwszych „mobilizowanych” zaznaczył, że zebrano ich z całego obwodu, ale „nie za dużo, żeby nie ucierpiały żniwa”.
Trudno o bardziej wymowny obraz systemu.
Łukaszenka wydaje rozkazy, urzędnicy wykonują je bez pytań
Zdaniem Kiryła Iwanowa, analityka portalu Solidarność, problem jest jednak znacznie głębszy niż jeden absurdalny pomysł.
Starzejący się Łukaszenka (rzadziej pojawia się publicznie) wykazuje charakterystyczne dla długoletnich autokratycznych rządów cechy: władca coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością, a jego otoczenie przestaje mówić mu „nie”.
Zamiast próbować łagodzić najbardziej absurdalne pomysły, urzędnicy wykonują je literalnie. Czasem wręcz z gorliwością, która zaczyna wyglądać jak kpina.
Szczególnie wymowna jest postawa przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Aleksandra Wołfowicza. Jego publiczne wypowiedzi – jak zauważa autor komentarza – coraz bardziej przypominają wystąpienia partyjnego sekretarza z czasów schyłkowego ZSRR i starzejącego się Leonida Breżniewa.
I właśnie tutaj pojawia się najbardziej ponura ironia całej historii.
Wołfowicz doskonale zna radziecką historię i wie, czym zakończył się system, w którym otoczenie przywódcy przestało reagować na jego oderwane od rzeczywistości decyzje.
Dlatego operacja „nieudolni do armii” może być dla Łukaszenki znacznie bardziej niepokojąca, niż się wydaje.
Nie dlatego, że kołchoźnicy wycofani z pól trafi na wojskowe szkolenie.
Problemem jest to, że jego otoczenie najwyraźniej nie próbuje już powstrzymywać najbardziej absurdalnych decyzji. Przeciwnie – wykonuje je bez mrugnięcia okiem.
A historia zna już wiele takich systemów. Im dłużej trwa władza jednego człowieka, tym bardziej jego najbliżsi zaczynają żyć według zasady: lepiej wykonać każdy rozkaz niż ryzykować sprzeciw.
Wtedy pozostaje już tylko czekać na finał.


