
Kiriłł Bałachonow (21 l.) po uwolnieniu. Fot: Belsat.eu
Miał 18 lat, gdy trafił do więzienia Łukaszenki. Pół roku po tym, jak Amerykanie wyciągnęli go z celi, 21-letni wówczas Cyryl zrezygnował z bezpiecznego życia w Wilnie i ruszył na front. W rozmowie z Euroradiem opowiada o traumie łagru, brutalizacji psychiki i strachu przed przywiązaniem do ludzi. Nawet rodzinie nie powiedział, gdzie jest. Oficjalnie „pracuje na Zachodzie”.
Kirył Bałachonau pochodzi z Buda-Koszelewo. Przed aresztowaniem uczył się w homelskim koledżu budowy maszyn, chciał zostać technikiem. Po wyborach w 2020 roku brał udział w protestach. Nie na barykadach, ale na swój własny sposób: malował biało-czerwono-białe flagi na prześcieradłach i antyreżimowe hasła na ścianach. Kiedy Rosja najechała Ukrainę, zaczął się zastanawiać, jak mógłby się przydać w oporze przeciwko rosyjskiej agresji. Dołączył do antywojennej grupy na Telegramie. Przekazywał informacje o przemieszczaniu się rosyjskiego sprzętu wojskowego, pisał posty antywojenne, udostępniał materiały na TikTok oraz wspierał inne inicjatywy, takie jak „Białoruski Hajun”. Na początku listopada 2022 roku został aresztowany.
Wyrok: 3 lata i 6 miesięcy w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Dwa i pół roku spędził w kolonii karnej. Został uwolniony w czerwcu 2025 roku po negocjacjach przedstawiciela prezydenta USA Johna Coale’a z Aleksandrem Łukaszenką. Ale na Białorusi nie pozwolono mu zostać, wraz z innymi uwolnionymi wywieziono go do Wilna.
Sam przyznaje, że do dziś nie rozumie, dlaczego znalazł się w grupie wypuszczonych na wolność; „Pomyślałem, że to dziwne, że znalazłem się w grupie zwolnionych, bo byli inni, którzy mogli wyjść. Mnie zostało do odsiadki pięć miesięcy, mogłem je odsiedzieć. Uważałem, że nie jestem tego godny. I to uczucie wciąż we mnie tkwi” – mówi Kirył Euroradiu.
W stolicy Litwy przechodził badania medyczne i wyrabiał dokumenty, miał się zająć legalizacją pobytu i organizowaniem przyszłości. Zamiast tego szybko uznał, że nie potrafi wrócić do „zwykłego życia” i zaczął szukać drogi na front.
Dziś 22-letni Kiryl Bałachonau walczy w Ukrainie jako operator bezzałogowców w białoruskiej jednostce. Wyjechał na Ukrainę niemal natychmiast po otrzymaniu litewskiej karty pobytu. Jego białoruski paszport został unieważniony, więc to jedyny dokument jaki posiada. Wybrał oddział specjalnego przeznaczenia 1514, należący do struktur „Specpodrazdelenija Timura” Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. Jednostką kieruje Andrej Biesmiertny.
Bałachonau nie czekał nawet na oficjalną zgodę na przyjazd. Pojechał „na rympał”. Dopiero na granicy miało się rozstrzygnąć, czy zostanie wpuszczony. Jak sam przyznaje, odbywając karę, jego wyobrażenia na temat wojny nie pokrywały się z tym, czym okazała się ona w rzeczywistości:
„Kiedy jeszcze siedziałem w więzieniu, dominowała artyleria, czołgi i operacje szturmowe. Teraz to wojna dronów”.
Chłopak próbował przepracować w sobie trudne doświadczenia, ale jak sam mówi, bezskutecznie. 22 – letni dziś Białorusin przyznaje, że po wyjściu z więzienia unikał kontaktu z ludźmi, zamknął się w sobie. Na wojnie jest podobnie. Mówi, że relacje opiera głównie na czystej współpracy;
„Kiedy byłem już na wojnie, zdałem sobie sprawę, że już nigdy nie będę taki sam. To, co zobaczyłem, mocno siadło mi na psychikę. A kiedy człowiek tkwi pod ostrzałem 24 godziny na dobę, mózg zaczyna się adaptować. Tworzy mechanizmy obronne, które potem zostają z tobą w cywilu. Przestajesz okazywać emocje, stajesz się szorstki, bezwzględny”.
„Wiem, że gdybym przywiązał się do kogoś, a potem tej osobie coś by się stało, mógłbym tego psychicznie nie udźwignąć”.
W Litwie nie widział dla siebie przyszłości. Przez wyrok nie zdążył zdobyć nawet podstawowego wykształcenia.
„Moja przyszłość tam wyglądałaby jak dożywotnia praca na budowie. Pokręciłbym się tak z 10–15 lat, a co potem? Litwa jest piękna, ale język byłby dla mnie za trudny do opanowania. Chłopak nie utrzymuje kontaktu z rodziną, która nie rozumiała jego wyborów, poglądów. Wielu jego znajomych nadal nie wie, gdzie tak naprawdę przebywa. W ich przekonaniu pracuje gdzieś w Europie.
Po więzieniu pozostała mu także nieufność wobec ludzi. Czasem wracają więzienne koszmary. Śni mu się kolonia karna, choć jak zaznacza, podczas pobytu za kratami takie sny nie wywoływały emocji. Teraz budzi się spocony, jak po koszmarze. Najbardziej wracają do niego jednak ludzie, którzy wciąż pozostali za kratami.
Na froncie, jak twierdzi, czuje się jak w domu. Podkreśla wzajemne wsparcie i poczucie, że może liczyć na ludzi obok siebie. Przed wyjazdem zadbał nawet o sprawy związane ze swoją śmiercią. Jeśli polegnie, chce zostać skremowany.
„Jestem zbyt wolnym duchem, żeby zapieczętować mnie w ziemi” – mówi.
Na podst. euroradio.fm



