
Ilustracja: AI
Kremlowskie elity rozpoczęły pośpieszną ewakuację swoich rodzin z Rosji w obawie przed mobilizacją na wojnę na Ukrainie, którą Putin może ogłosić już za kilka, tuż po wyborach do Dumy – donosi Bloomberg. To samo robią szefowie wojskowych komisji rekrutacyjnych, którzy ostrzegają swoich krewnych. Oni już wiedzą.
Urzędnicy z otoczenia Putina radzą swoim bliskim i przyjaciołom, żeby wyjechali jak najszybciej, zanim nie będzie za późno. Przedstawiciele kremlowskiej “elity” zaczęli też masowo otwierać konta bankowe za granicą. W ich ślady idą rodziny wojskowych z komisji poborowych – twierdzi agencja.
Według jej źródeł, Putin planuje wysłać na wojnę dodatkowych 300 tys. ludzi. Aby pozyskać na to pieniądze w warunkach deficytu budżetowego, polecił władzom regionów zredukować o 15% liczbę urzędników i pracowników komunalnych. Niektórzy podejrzewają, że to właśnie ci obecnie zwalniani zostaną powołani pod broń w pierwszej kolejności.
Niewykluczone zresztą, że w odróżnieniu od 2022 roku mobilizacja nie będzie nawet oficjalnie ogłaszana. Naród reaguje bowiem na nią bardzo nerwowo i kiedy to usłyszy ucieczka, która i tak już ma miejsce, może stać się masowa – zobacz: Kryj się lub uciekaj! Żniwiarz Wojny już ostrzy kosę. Dlatego wszystko może odbyć się po cichu.
Komisje wojskowe są już na taki wariant przygotowane. Zamiast rozsyłania papierowych wezwań, zrobią to elektronicznie, a jednocześnie zablokują możliwość wyjazdu z kraju wzywanych do wojska osób. Służyło temu ujednolicenie bazy danych poborowych i rezerwistów z bazami podatkowymi, paszportowymi, straży granicznej, policji, a nawet medycznymi.
Politolodzy przypuszczają też, że największa skala mobilizacji będzie w tych regionach, gdzie ludność wykaże w obecnych wyborach do Dumy najwyższe poparcie dla władzy i frekwencję. Oczywiście poparcie faktyczne, a nie to, które zostanie oficjalnie podane, gdyż wyniki, które mają zostać publicznie ogłoszone, zostały już z góry przez Kreml rozesłane do władz regionów.
Putin kalkuluje bowiem, że tam, gdzie ludzie są najbardziej lojalni i zdyscyplinowani, będą też najmniej sprzeciwiać się i unikać mobilizacji, a więc będzie ona łatwiejsza. Kreml zdaje sobie sprawę, że bez nowego “mięsa armatniego” nie jest w stanie wygrać wojny z Ukrainą, ani nawet zająć całego Donbasu, co pozwoliłoby okrzyknąć Putina zwycięzcą.
Straty, które rosyjska armia ponosi obecnie na froncie znacznie przewyższają napływ nowych ochotników, który maleje, mimo obiecywanych im wielkich zarobków, nawet 21,5 tys. USD miesięcznie.
Oficjalnie zgrupowanie rosyjskie na Ukrainie liczy 600-700 tys. żołnierzy. Jeśli jednak odejmiemy od tego wszystkie służby tyłowe, logistyczne, dowództwa różnych szczebli, Rosgwardię, policję i żandarmerię do pilnowania okupowanych terenów, a także lotnictwo, wojska rakietowe, czy marynarzy, to okazuje się, że tych, których można wysłać do szturmu jest bardzo mało.
Eksperci oceniają, że przy obecnej skali strat, bez dopływu nowych sił w wysokości około 400 tys. żołnierzy rocznie rosyjskie dowództwo nie jest w stanie przeprowadzić żadnej większej operacji. Stąd w ostatnim czasie nie tylko nie zajmuje nowych terenów, ale zaczęło tracić te, które zdobyło wcześniej – zobacz: Szturm w rytmie Vivaldiego. Odcięli im “północny kleszcz”!



