Latem 2010 r. Tusk zdał sobie sprawę, że ze Smoleńskiem wszystko jest nie tak, ale w rozmowach z zaufanymi usprawiedliwiał się: „No i co, mamy im wypowiedzieć wojnę?” – pisze publicysta tygodnika „wSieci” Stanisław Janecki:
„Ten potwór nas powsadza za kraty i możemy nie być w stanie się przed tym obronić -mówił Donald Tusk w gronie kilku najbliższych współpracowników 3-4 miesiące po katastrofie smoleńskiej. Słowa te przypomniał w minionym tygodniu Robert Krasowski w „Polityce”. Pierwszy raz usłyszałem o tej rozmowie (i kilku następnych, bo temat był kontynuowany) we wrześniu 2010 r. Już wtedy Tusk miał świadomość, że „przegiął”, jeśli chodzi o atakowanie i prowokowanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I miał świadomość, że Władimir Putin ograł go jak dzieciaka we mgle. Bo w miesiącach poprzedzających katastrofę Tusk faktycznie sprzymierzył się z ówczesnym premierem Rosji, żeby pognębić Lecha Kaczyńskiego i nadwerężyć jego wizerunek. Ówczesny premier sądził, że Putin gra w to samo co on i w tej samej lidze, co pokazuje, jak bardzo nie rozumiał rosyjskiej polityki i nie wyciągał żadnych wniosków z przeszłości. Cały tekst przeczytasz tu: Już miesiąc po katastrofie Tusk wiedział, jak Putin go rozegrał i wykorzystał. I zaczął się bać.
Kresy24.pl/wPolityce.pl
