Sean Spicer, rzecznik Donalda Trumpa stwierdził wczoraj, że nie ma twardych dowodów, jakoby rosyjskie cyberataki wpłynęły na wynik listopadowych wyborów prezydenckich w USA.
Spicer w wypowiedzi dla Fox News stwierdził, że karta rosyjska jest elementem, którego amerykańskie media głównego nurtu (coraz częściej określane jako mainstream) używają, aby zdyskredytować zwycięstwo kandydata republikanów.
Z drugiej strony przyznał półgębkiem, że cyberataki są “złe”, a ludzie “nie powinni się mieszać w nieswoje sprawy”. Przypomina to nieco scenę z filmu “Miś”, w której Ochódzki prezentuje Hofanderowi nagranie ze zgrupowania klubu Tęcza: “nieprawdą jest, że nad łóżkami dach przeciekał… tym bardziej, że prawie w ogóle nie padało”.
To oczywiste, że nie da się stworzyć algorytmu, dzięki któremu można by niezawodnie udowodnić decydujący wpływ rosyjskiej dezinformacji na wybór Amerykanów, tak samo jak nie da się przypisać decydującej roli w tej kwestii obietnicy odgrodzenia się od Meksyku, oszczędnego prowadzenia kampanii ani nawet obietnicy reindustrializacji – to raczej suma pewnych obietnic, zmęczenia establishmentem i poprawnością polityczną.
Pytanie jednak, czy sam fakt, że jedyne supermocarstwo nie jest niewrażliwe na tego typu zabiegi, do czego Ameryka de facto się przyznała, wydalając 35 rosyjskich dyplomatów, nie powinien skłonić Jankesów do rozważenia, jak złudne może być przekonanie o samodzielności ich wyboru.
Kresy24.pl


