
Nikoł Paszynian i Władimir Putin. Fot: kremlin.ru
Walka o wpływy na Kaukazie wchodzi w nową, decydującą fazę.
Jak podaje ormiański dziennik Hraparak, Moskwa dokręca śrubę władzom w Erywaniu. Premier Nikol Paszynian usłyszał ultimatum: ma niespełna miesiąc na podjęcie decyzji, czy pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów, czy zdecydowanie rusza w kierunku Unii Europejskiej. Jeśli Armenia będzie kontynuować kurs na Zachód, zacznie od deportacji migrantów zarobkowych. Później Kreml może uruchomić znacznie ostrzejsze instrumenty nacisku.
Dla Armenii oznaczałoby to poważny problem społeczny i gospodarczy. Setki tysięcy osób mogłyby zostać zmuszonych do powrotu do kraju, tracąc źródło dochodów, a wraz z nimi ucierpiałyby rodziny utrzymujące się z pieniędzy przesyłanych przez migrantów.
To jednak nie wszystko.
Drugim narzędziem nacisku ma być ograniczenie, a nawet całkowite wstrzymanie połączeń lotniczych między Rosją a Armenią. Taki ruch uderzyłby w turystykę, transport i codzienne kontakty między oboma państwami. Kolejne represje mogłyby objąć również inne sektory gospodarki, w tym dostawy gazu.
Stawką jest kierunek geopolityczny całego państwa. Armenia od lat pozostaje członkiem kierowanej przez Rosję Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, ale relacje Erywania z Moskwą w ostatnich latach gwałtownie się pogorszyły. Rząd Paszyniana coraz wyraźniej rozwija współpracę z Zachodem.
Rosja już wcześniej ostrzegała, że członkostwo Armenii w UE i jednoczesna obecność w Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej nie są możliwe. Władimir Putin publicznie wzywał również Erywań do przeprowadzenia referendum dotyczącego ewentualnego wejścia do UE.
Według Hraparaka, Armenia otrzymała około miesiąca na dokonanie wyboru.
Wcześniej Dmitrij Miedwiediew ostrzegał, że zerwanie więzi gospodarczych z Rosją mogłoby doprowadzić Armenię do „poważnego kryzysu”, a nawet czegoś jeszcze gorszego. Także rosyjskie restrykcje handlowe już wcześniej pokazały, że Kreml może wykorzystywać gospodarkę jako narzędzie nacisku.



