Czasem trzeba pochylić się nad pozornie drobnym epizodem, bo taki epizod lepiej pokazuje nam, co w jakiejś sprawie dzieje się na tzw. dole, niż deklaracje, a nawet działania, wielkich polityków i autorytetów na górze, – pisze Piotr Skwieciński na portalu wpolityce.pl.
Znana lwowska dziennikarka, Galina Tereszczuk (dodałbym, że osoba nie kojarzona z żadną formą antypolskiego nacjonalizmu, ale to w danym wypadku kompletnie bez znaczenia, bo choćby było inaczej to na opisany niżej incydent jej poglądy nie miały jakiegokolwiek wpływu), parę dni temu przyjechała do Polski i w towarzystwie kilku kolegów z Ukrainy wybrała się na cmentarz w Werchracie. To tuż nad granicą. W październiku zeszłego roku nieznani sprawcy zniszczyli tu upamiętnienie UPA. Na starym cmentarzu pochowani są zarówno Polacy, jak i Ukraińcy, którzy przed wojną stanowili zdecydowaną większość mieszkańców; wieś spłonęła w czasie już powojennych walk z ukraińską partyzantką.
Weszli na cmentarz, zaczęli robić zdjęcia nagrobków. Samochód (na ukraińskich numerach) został przed cmentarzem, a w samochodzie kierowca.
Po krótkiej chwili podjechał wóz polskiej Straży Granicznej. Funkcjonariusze wylegitymowali go, i spytali: „po co przyjechaliście na banderowski cmentarz?”. Po czym kazali mu wezwać pozostałych uczestników wycieczki. Sprawdzili i im paszporty. I oddając je, jeden z pograniczników powiedział: „jedźcie lepiej do Rudki, tam gdzie banderowska banda spaliła i wymordowała całą wieś”.
I pojechali.
Niby nic się nie stało, a jednak się stało.
Stało się mianowicie po pierwsze to, że kilkoro obcokrajowców, którzy nie robili nic złego, poczuło się (nie na skutek samej kontroli paszportów, do której SG miała oczywiście prawo, czego kontrolowani nie kwestionują, tylko wskutek tej nieoczekiwanej wymiany zdań) zastraszanych przez polskich funkcjonariuszy w mundurach i z bronią. Co zawsze jest sytuacją obrzydliwą.
Kresy24.pl za wpolityce.pl

