
Fot: lesko.lash – Threads / Onliner.by
Właściciele owczej farmy pod Soligorskiem najpierw byli mocno zdziwieni, a teraz są wściekli, gdy z najdalszych krańców Białorusi walą im na pole tłumy turystów by podziwiać “najbardziej alpejską wieś w kraju” – Piwasze, o których jeszcze dwa tygodnie temu nikt nie słyszał.
Z tą “alpejskością” to zresztą mocna przesada – te “góry” na horyzoncie to po prostu hałdy soli kamiennej (halitu), będące odpadem produkcyjnym kombinatu potasowego w Soligorsku. Ale w kraju, gdzie normalnych gór nie uświadczysz wystarczyło, że ktoś rzucił na Threads hasło: “białoruska Szwajcaria” i ruszył owczy pęd.
Prawdziwe owce, które wcześniej wiodły tam sobie spokojne owcze życie skubiąc zieloną trawkę, są bardzo zdenerwowane. Nie przywykły do takiej popularności, podobnie jak ich właściciele. A tu ciągle albo ktoś je próbuje gonić, albo głaskać i dokarmiać, a nawet brać na ręce – “bo takie puszyste” lub przynajmniej strzelić sobie z nimi fotkę. A już dzieci to w ogóle…

Fot: Onliner.by
“Wszystko zaczęło się dwa tygodnie temu. Patrzę, a tu w niedzielę po południu aż siedem samochodów na raz mi wjechało, z Grodna i z Mińska. I od tej pory ruch nie ustaje ani na chwilę” – opowiada właścicielka farmy “KajJan” dziennikarzom, bo oczywiście w ślad za turystami ich także jest już tam pełno.
“A nasze owce są dość dzikie i bardzo płochliwe. Na widok obcych lub auta natychmiast uciekają. Ludzie nie rozumieją, że to żadne mini-ZOO, ani farma edukacyjna, tylko normalna hodowla. Staramy się im to tłumaczyć, ale jakoś nam tak niezręcznie wyrzucać każdego z pola, skoro czasem przejechał setki kilometrów, żeby to zobaczyć” – przyznaje właścicielka.
Teraz zamiast zajmować się owczym biznesem musiała zamontować na polu monitoring i nieustannie tkwi przed ekranem śledząc, czy ludzie nie płoszą stada. I tylko prosi każdego przyjezdnego, żeby potem w swoim poście napisał, że właściciele są wredni i nikogo nie wpuszczają, w nadziei, że zniechęci to kolejnych. Na razie nie zniechęca.
W tej sytuacji właścicielka myśli już nad zamknięciem bramy na kłódkę i postawiła tabliczki z zakazem wstępu. Wielu pyta ją dlaczego nie chce na tym ruchu zarobić. Tłumaczy, że nie ma do tego głowy.
“To dla nas tylko kłopot. Jesteśmy zwykłymi hodowcami. Nie mam czasu, żeby tu stać, spotykać gości i dostarczać im atrakcji. Wtedy to już każdy będzie chciał głaskać i karmić owce “bo przecież zapłacił”. A nie daj Boże, ktoś gdzieś wlezie, a ja będę potem za to odpowiadać” – mówi kobieta.
I ma tylko nadzieję, że wraz z końcem lata, gdy nadejdą pierwsze chłody, ten “owczy boom turystyczny” wreszcie ustanie równie nagle jak się zaczął i życie na “alpejskiej” farmie wróci do normalności.
Zobacz także: Myśliwy z Rosji nie wie z kim zadarł. Klątwa Bubo już blisko (WIDEO)


