Sojusz militarny Polski z Ukrainą jest dziś pomysłem szalonym, ale nie musi takim być na przykład za 15 lat, kiedy obie strony do niego dojrzeją organizacyjnie, mentalnie i politycznie. Do tego czasu Ukraina musi jednak przetrwać jako niepodległe państwo – pisze na łamach „Rzeczpospolitej” Andrzej Talaga, dyrektor ds. strategii Warsaw Enterprise Institute.
Dzisiaj nie ma zresztą realnych podstaw do zawarcia sojuszu militarnego. Rosyjski atak na Ukrainę jest dużo bardziej prawdopodobny niż na Polskę, w takiej sytuacji to raczej siły zbrojne RP musiałyby interweniować na ziemi ukraińskiej niż ukraińskie na polskiej. Ukraina nie została ujęta w planach ewentualnościowych NATO, bo nie jest jego członkiem, Polska musiałaby zatem interweniować samodzielnie, bez wsparcia natowskiego. Absolutnie nie mamy takich zdolności – w zakresie sprzętu, logistyki, planowania itd. Polska nie jest też gotowa politycznie do zawarcia postulowanego sojuszu. Musiałby on przecież dokonać się kosztem NATO-wskich gwarancji dla naszego kraju, a to byłoby działanie samobójcze – podkreśla Talaga.
Niemało przeszkód leży też po stronie ukraińskiej. Musielibyśmy zawrzeć sojusz z państwem niestabilnym politycznie, z siłami zbrojnymi i klasą rządzącą mocno spenetrowaną przez rosyjską agenturę. Wojna o Donbas pokazała, jak bardzo nieszczelne są struktury ukraińskie. Sojusz dwustronny musi przecież zakładać wymianę danych wrażliwych, tymczasem przekazując je Ukrainie, dawalibyśmy je także Rosji – zauważa ekspert Think Tanku Związku Przedsiębiorców i Pracodawców “Warsaw Enterprise Institute”. (WIĘCEJ)
Polityczny projekt sojuszu i współpracy przemysłów obronnych, do którego odnosi się Andrzej Talaga, przedstawili wcześniej na łamach „Rzeczpospolitej” Hanna Hopko, przewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych Rady Najwyższej Ukrainy, i Wiktor Romaniuk, deputowany Rady, proponując porozumienie obejmujące energetykę i obronność.
Kresy24.pl/rp.pl

