Bardzo nie chcieliśmy tego artykułu, bo pisząc go, musimy – a nie mamy na to najmniejszej ochoty – pochwalić Donalda Tuska. Wydaje się jednak, że postulując utrzymanie represji wobec Rosji, dopóki ta nie zwróci Ukrainie okupowanych terytoriów, najbogatszy polski emigrant czyni słusznie.
Oczywiście nie znaczy to, że ryży Donek ma jakieś twarde poglądy w jakiejkolwiek sprawie. Gdy trzeba było “resetować” stosunki z Moskwą na nieostygłych jeszcze zwłokach ofiar katastrofy smoleńskiej po to, by w odium rusofoba nie zaprzepaścić szansy na intratną synekurę – nasz bohater nie miał z tym najmniejszych problemów.
Teraz chyba jednak wykombinował, że skoro i tak na trzecią kadencję w Radzie Europejskiej (albo Radzie Europy – wszystko jedno) go nie wybiorą, nie musi manifestować – udawać? – prorosyjskich sympatii. Tym bardziej, że jeśli prawdziwe są doniesienia, jakoby w 2020 roku chciał zostać prezydentem Polski,
Zawsze warto bowiem wykonać wobec przyszłych polskich wyborców jakiś antyrosyjski gest, zważywszy, że nasi rodacy niechęć do Kacapii mają niemalże w genach – i trudno im się dziwić. Nie ma już ludzi, którzy pamiętaliby realia z początków XV wieku, gdy wielkie księstwo moskiewskie było niewiele znaczącym państewkiem.
Na spotkaniu grupy G7 w pięknym sycylijskim miasteczku Taorimina (da się w nim stanąć tak, że widać: Etnę, Morze Śródziemne i antyczny teatr!) Donald Tusk powiedział dzisiaj: “od czasu naszego ostatniego szczytu w Japonii nie dostrzegliśmy niczego, co usprawiedliwiałoby zmianę w polityce sankcji wobec Rosji.
Wczoraj z kolei pozwolił sobie stwierdzić, że ze swoim imiennikiem, prezydentem USA mają delikatnie rozbieżne oceny co do Rosji, aczkolwiek w sprawach ukraińskich mówią jednym głosem. Pomijając nielogiczność tego stwierdzenia – uważamy, że to dobrze, że Trumpowi wypomniano jego prorosyjskie ciągoty.
Nawet jeśli zostały wypomniane przez człowieka, który nie ma do tego moralnego prawa.
Kresy24.pl


