
Collage: TSN.ua
Zapomniał, że w tę grę mogą grać obie strony?
Rosjanie od lat straszą Ukrainę uderzeniem nuklearnym. “Nie wszystko stracone. Tak naprawdę to jeszcze nawet nie zaczęliśmy. Ale jak tylko wyciągniemy naszą cudowną broń jądrową…” Tyle, że nigdy tego nie zrobią. To zwykły blef. Dlaczego? Bo skutki byłyby dla nich straszne. I nie chodzi już nawet o ostre reperkusje międzynarodowe, tylko o skutki czysto fizyczne.
Gdyby odważyli się to zrobić, na Ukrainę ruszą szerokim strumieniem z Zachodu tysiące rakiet manewrujących i balistycznych dalekiego zasięgu, które w połączeniu z tym, co Ukraina sama już ma i produkuje sprawią, że Rosja się od nich nie opędzi – zauważa publicysta Dmitrij Czernyszew.
Owszem, Ukraina nie ma broni jądrowej. Ale w takiej sytuacji nikt jej raczej nie powstrzyma przed zmasowanymi uderzeniami rakietowymi w rosyjskie elektrownie atomowe, czego teraz nie robi. A w zasięgu ukraińskich pocisków jest ich z dziesięć.
I nawet jeśli trafienia nie zniszczą samych reaktorów, które zwykle są dość dobrze chronione, to hale turbin, systemy chłodzenia, składowiska paliwa jądrowego i kluczowe podstacje elektryczne – jak najbardziej. Gwałtowna utrata zasilania i chłodzenia to katastrofa atomowa i skażenie radioaktywne ogromnych obszarów.
Rosja doskonale wie, że “dziesięciu Czarnobylów” na swoim terytorium nie przetrzyma. A jeśli dotychczas nie do końca to rozumiała, to pewnie ktoś z Kijowa już dawno pokazał tym z Moskwy mapę z zaznaczonymi obiektami. Że jakby co, to “zrobimy wam kuku tu, tu i tu”.
Petersburg, Rostów, Smoleńsk, Kursk, Kalinin, Niżnij Nowgorod, obwód saratowski, swierdłowski, uljanowski… Tak, w tę grę mogą grać obie strony. I im szybciej do Putina dotrze, że nie tylko on ma “jądrowego asa w rękawie”, tym szybciej zapanuje pokój – pisze Czernyszew.


Dodaj swój komentarz