Do wybrzeży Krymu zbliżają się rosyjskie okręty podwodne typu 636 z rakietami na pokładzie – potwierdził Oleg Bieławiencew, przedstawiciel administracji prezydenta Władimira Putina na okupowanym półwyspie.
Wcześniej Rosjanie ściągnęli na Krym myśliwce szturmowe, bombowce, wyrzutnie rakiet S-300 i lotnictwo transportowe. Prawdopodobnie stacjonują tam również wyrzutnie rakiet balistycznych Iskander. “Zamieniliśmy Krym w niezdobytą twierdzę. Mamy tu bardzo silne zgrupowanie wojsk wyposażone w nowoczesną broń” – chwali się przedstawiciel rosyjskiego prezydenta.
Oprócz wcześniej stacjonującej u wybrzeży półwyspu Floty Czarnomorskiej, rozlokowano tam także 7 związków taktycznych i 8 garnizonów wojskowych. “Remontujemy też całą wojskową infrastrukturę i reaktywujemy prezydencką morską szkołę kadetów” – wylicza Bieławiencew.
Skąd nagle takie szczere przyznanie się przedstawiciela rosyjskich władz do rozbudowywania agresywnego potencjału militarnego na Krymie? Być może jest to element wojny psychologicznej, zastraszanie.
Niewykluczone jednak, że w sprawie Krymu Rosja postanowiła otwarcie zmienić swoją politykę informacyjną. Zamiast “życzliwych, zielonych ludzików niosących pokój” będziemy więc teraz mieli “silny, zwarty i gotowy garnizon” i “niezdobytą twierdzę”. Taki sygnał dla Zachodu: owszem, zbroimy się na Krymie. I co nam zrobicie?
A to z kolei mogłoby oznaczać, że Putin uznał, iż dalsze udawanie przed światem “gołąbka pokoju” nie jest już skuteczne i czas pokazać zęby.
Kresy24.pl / Charter97


