LITPOLUKRBRIG. Za tą straszną nazwą, przywodzącą na myśl czasy głębokiego pogaństwa, kryje się wielce pożyteczna – jak się wydaje – inicjatywa, która właśnie doczekała się pełnej realizacji.
Wbrew temu, co mogliby sądzić niezorientowani, Polska była w swej historii najsilniejsza, gdy stanowiła twór etnicznie wcale nie jednolity, lecz przeciwnie: zbliżając się do trójdzielnej, polsko-litewsko-ukraińskiej politei.
Dramat polegał na tym, że wyrosła z tej myśli udoskonalona Rzeczpospolita została powołana do życia – myślę o roku 1658 – w momencie, gdy przechodziła śmiertelny kryzys, z którego już na dobrą sprawę nigdy nie wyszła.
Paweł Jasienica pisał o tym, że unia hadziacka z roku 1658 przyszła przynajmniej pół wieku zbyt późno. Zawarta odpowiednio wcześniej nie tylko odjęłaby nam – mówiąc zupełnie obrazowo – dwóch przeciwników, tzn. Kozaków Chmielnickiego i Tatarów, ale jeszcze przydałaby sił przeciw Moskwie. A przy takim układzie sił – to już mój domysł – do Potopu szwedzkiego w ogóle by nie doszło…
Ale… “my majemo te, szczo my majemo”, jak mawiał prezydent Krawczuk. I znowu trzeba pewne rzeczy budować od podstaw. Na przykład wspólne oddziały zbrojne – i to właśnie dzieje się na naszych oczach.
Funkcjonująca przy NATO LITPOLUKRBRIG osiągnęła swą pełną sprawność bojową – czyli mówiąc po ludzku: jest komplet sprzętu i ludzi przewidzianych etatami.
Dowódcą jednostki został “Koroniarz” płk Zenon Brzuszko, jego zastępcą: “Rusin” Wołodymyr Juadnow, natomiast szefem sztabu “Wialikolitowiec” – Eligijus Senulis.
Dowództwo ma być rotacyjne. To znaczy: następnym dowódcą całej brygady będzie Ukrainiec, następnie Litwin, po czym znowu Polak, etc.
I szkoda tylko, że nie dożył tego śp. Lech Kaczyński.
Dominik Szczęsny-Kostanecki
