
Collage / fot: x.com/hochuzhit
Do niewoli ukraińskiej wpadł pierwszy w tej wojnie obywatel Argentyny, choć o średnio argentyńskim nazwisku, Ibrahim Roberto Yamil.
W kwietniu tego roku 37-letni ojciec dwójki dzieci (po prawej – na zdjęciu z mediów społecznościowych) chodził sobie po Facebooku, aż natknął się na reklamę “dobrze płatnej pracy”. Zgłosił akces nie wnikając za bardzo jaka to praca. Wkrótce zorientował się, że dodano go do czata dla najemników z Ameryki Łacińskiej chcących walczyć “za Rosję”.
To go jednak nie zraziło, a nawet zachęciło bo zarobek obiecywano – jak dla niego – kosmiczny: 10 tysięcy dolarów za samo podpisanie kontraktu z armią i potem – oczywiście – co miesiąc tyle samo. Wkrótce miał już paszport, a rosyjską wizę i bilet załatwił werbownik. I Ibrahim wyruszył w pierwszą w swoim życiu zagraniczną podróż do Ziemi Obiecanej przez Rzym i Stambuł.
W Moskwie wcielono go do oddziału Kolumbijczyków i zawieziono na poligon w obwodzie woroneskim. Przyznaje, że szkolenie było “niezbyt solidne” i już w maju trafił na front pod Łymanem jako szeregowy 272 pułku.
Nie zdążył się jednak zbytnio nawojować bo już 6 lipca został poważnie ranny. Trafił na 3 tygodnie do szpitala polowego. Tam go specjalnie nie leczono, tylko – kiedy znowu mógł już jako tako chodzić – wcielono na wpół chorego do tzw. “plutonu kalek” 347 pułku.
Tu nagle Ibrahimowi włączyło się myślenie i zrozumiał, że drugi raz żywy już z tego nie wyjdzie. Więc kiedy tylko nadarzyła się okazja – poddał się. Teraz siedzi w ukraińskim obozie jenieckim jako jedyny Argentyńczyk wśród setek przedstawicieli aż 55 narodowości. Ludzka głupota nie zna przecież granic politycznych.
Początkowo myślał, że Rosja go stamtąd wyciągnie w ramach wymiany jeńców, ale teraz już przyznaje, że “pluje ona na wszystkich zagranicznych najemników, którzy mieli takiego pecha jak on”. Pecha? Można powiedzieć, że miał ogromne szczęście, bo – w odróżnieniu od większości takiego jak on “mięsa armatniego” – nadal żyje.


