
Granica polsko – bialoruska. Fot: belta.by
Białorusini byli przez lata wyjątkową grupą wśród naszych wschodnich sąsiadów. To naród, z którym mimo trudnej historii regionu nie ma dziś tak głębokich zaszłości i sporów historycznych jak te, które przez lata obciążały relacje Polski z Ukrainą. Na dzień 1 lipca 2026 r. ważny dokument uprawniający do pobytu na terytorium RP posiadało 134 tys. osób.
Od zapoczątkowanego w 2020 roku masowego exodusu do Polski, Białorusini stali się jedną z najlepiej zakorzenionych społeczności cudzoziemskich w Polsce. Ich migracja ma charakter polityczno-ekonomiczny, ale w dużej mierze osiedleńczy.
Dla wielu Białorusinów Polska była więc czymś więcej niż tylko krajem sąsiednim. Była miejscem naturalnego schronienia – szczególnie po brutalnym stłumieniu protestów przeciwko reżimowi Aleksandra Łukaszenki. Do Polski przyjeżdżali działacze opozycji, dziennikarze, przedstawiciele organizacji społecznych, a także tysiące zwykłych ludzi, którzy bali się represji.
I to co ważne dla bezpieczeństwa wewnętrznego, nie ma między Polakami i Białorusinami otwartego konfliktu o pamięć historyczną czy wzajemne krzywdy, które w ostatnich latach stały się źródłem napięć – niestety już nie tylko w debacie publicznej.
Teraz jednak pojawiają się sygnały, że ta polityka może się zmieniać.
Oficjalne dane Urzędu do Spraw Cudzoziemców pokazują gwałtowny wzrost liczby odmów przyznania ochrony międzynarodowej obywatelom Białorusi. W czerwcu 2026 roku polskie urzędy wydały aż 52 decyzje odmowne, podczas gdy ochronę – w formie statusu uchodźcy lub ochrony uzupełniającej – otrzymało zaledwie 25 osób.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. W kwietniu ochronę przyznano 497 Białorusinom, a odmówiono jej tylko 14 osobom. W maju pozytywnych decyzji było 86, przy 17 negatywnych. Czerwcowe dane stały się więc dla środowisk białoruskiej emigracji poważnym sygnałem ostrzegawczym.
Redakcja Znadniemna.pl zwraca uwagę, że polskie władze uzasadniają masowy wzrost negatywnych decyzji argumentem prawnym, według którego upłynęły już terminy przedawnienia odpowiedzialności karnej za udział w demonstracjach opozycyjnych z 2020 roku. Urzędnicy w Warszawie podnoszą również, że Aleksander Łukaszenka podpisał dekrety o ułaskawieniu części więźniów politycznych, co w ocenie strony polskiej ma świadczyć o rzekomym spadku skali zagrożenia represjami na Białorusi. Taka argumentacja spotyka się z ostrym sprzeciwem środowisk niezależnych, które wskazują na całkowite oderwanie tych procedur od realiów dyktatury.
Białoruskie siły demokratyczne oraz Centrum Praw Człowieka „Wiasna” alarmują, że w białoruskim systemie prawnym instytucja przedawnienia jest fikcją, a aparat bezpieczeństwa regularnie przekwalifikowuje zarzuty na znacznie cięższe artykuły kodeksu karnego. Udział w protestach sprzed sześciu lat jest dziś masowo redefiniowany przez milicję i KGB jako rzekomy terroryzm, zdrada stanu lub ekstremizm, za co grożą wieloletnie wyroki kolonii karnej. Przedstawiciele emigracji podkreślają, że powrót jakiegokolwiek aktywisty na Białoruś w obecnej sytuacji oznacza dla niego natychmiastowe aresztowanie i brutalne śledztwo.
Dlatego obecna zmiana w statystykach budzi emocje. Dla części białoruskiej emigracji pojawia się pytanie, czy kraj, który był dla nich symbolem bezpieczeństwa, nadal pozostanie takim miejscem.
Bo dla osób uciekających przed autorytarną władzą najważniejsza jest jedna rzecz – pewność, że za sprzeciw wobec dyktatury nie zostaną pozostawieni sami sobie.



Dodaj swój komentarz