Minister spraw zagranicznych Ukrainy podczas wczorajszej debaty w ONZ postulował, aby zmienić statut Rady Bezpieczeństwa tak, by jej stali członkowie będący stroną w sprawie nie mieli prawa weta.
Mówiąc po polsku, chodzi o to, żeby państwo nie mogło być sędzią we własnej sprawie. Czyli jeśli na przykład Rada Bezpieczeństwa debatowałaby w sprawie nałożenie sankcji na Chiny ze względu na łamanie przez nich praw człowieka, to kraj ten nie powinien mieć wówczas prawa powiedzieć: na ten temat debatować nie będziemy.
Oczywiście nie chodzi o Chiny, tym bardziej, że Państwu Środka nie podskoczy w tym momencie nikt – nawet amerykański Donek ostatnio złagodził swoją retorykę w tej materii. Chodzi rzecz jasna o rosyjskiego niedźwiedzia, uwikłanego w wojnę na Ukrainę. Co jest, mówiąc klasykiem, oczywistą oczywistością, nawet jeśli Rosjanie są w stanie poruszyć niebo i ziemię, żeby temu zaprzeczyć.
Ważne jest zastrzeżenie, że chodzi o STAŁYCH członków Rady, którymi od początku istnienia ONZ, są oprócz Rosji – Stany Zjednoczone, Wielką Brytania i Francja. Ukraina bowiem też należy do tego ciała, ale kadencyjnie. Na marginesie dodajmy, że Polska ubiega się w tym momencie właśnie o jedno z takich niestałych miejsc.
Klimkin, który przewodniczył wczoraj w ONZ komitetowi d/s nierozwiązanych powiedział, że świat “potrzebuje pilnie zreformować Radę Bezpieczeństwa, by ograniczyć nadużywanie prawa weta”. Dodał też, że istnieje dla takiego rozwiązania podstawa prawna: “statut Rady wymaga od strony, by powstrzymała się od głosowania. Ten punkt był jednak do tej pory nagminnie łamany”.
Rosji z jednej stromy grozi cały wachlarz retorsji za wszczęcie i podsycanie wojny na Ukrainie, z drugiej strony – przypomnijmy – międzynarodowy trybunał mający wyjaśnić okoliczności “katastrofy” malezyjskiego samolotu w lipcu 2014 r.
Kresy24.pl



