Nie wystarczy mieć dokumenty potwierdzające, że dziadkowie zostali zamordowani przez NKWD za przynależność do narodu polskiego albo, że ojciec miał wpisaną w sowieckim paszporcie narodowość „Polak”.
Żeby konsul pozytywnie zaopiniował decyzję o przyznaniu Karty Polaka trzeba wykazać się nie lada sprytem, a pole manewru, by odmówić petentowi, nawet jeżeli musiał przyjechać 200 kilometrów do placówki dyplomatycznej, jest ogromne – pisze Jerzy Wójcicki w art. „Za głupi dla Karty Polaka”.
– Dziadka NKWD zabrało w 1937 z domu, gdy rodzina właśnie zasiadła przy wigilijnym stole. Płacz babci i jej dzieci nie wzruszył bandytów z czerwonymi gwiazdami na czapkach. Przez całe życie nosiliśmy w komunizmie piętno „wroga narodu”. Dzisiaj po trzeciej wizycie u konsula odczuwam, że walka o moje prawa Polki wciąż trwa i gdyby nie dzieci, już dawno bym z tej walki zrezygnowała – mówi cytowana przez autora 50-letnia Polka.
Kresy24.pl/wizyt.net

