
Wiatrowycz: „Integracja europejska nie zmusi Ukrainy do wyrzeczenia się Bandery i Szuchewycza”. Fot: pravda.com.ua
Miało być strategiczne partnerstwo, wspólna walka z Rosją i historyczny sojusz dwóch narodów. Tymczasem między Warszawą a Kijowem powraca temat, który od lat zatruwa wzajemne relacje: pamięć o Wołyniu, działalność OUN-UPA i miejsce ukraińskich nacjonalistów w narodowym panteonie Ukrainy.
Wołodymyr Wiatrowycz, były szef ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, nie zamierza ustępować i winą za eskalację sytuacji obarcza Polskę. W jego ocenie Warszawa wciąż próbuje narzucać Ukrainie sposób patrzenia na własną historię.
„To jest problem dorastania. Bardzo długo byliśmy dziećmi, potem nastolatkami, którzy słuchali starszych (Polski-red.)” – mówi ukraiński historyk na łamach „Ukraińskiej Prawdy”.
Wiatrowycz stoi na stanowisku, że Ukraina ma pełne prawo tworzyć własny kanon bohaterów: Kijów nie zamierza rezygnować z własnej polityki pamięci nawet wtedy, gdy jej symbole dla wielu Polaków pozostają nie do zaakceptowania.
Ewidentnie zabolało go, że na skutek decyzji Zełenskiego o nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”, temat Rzezi Wołyńskiej został przez Polskę umiędzynarodowiony;
„Ani Wawel w Krakowie, ani Panteon w Rzymie nie były przedmiotem międzynarodowych konsultacji. To jest wewnętrzna sprawa narodu” – przekonuje.
W Polsce ten argument budzi sprzeciw. Bo nie chodzi o ingerencję w ukraińską pamięć, ale o sprzeciw wobec wynoszenia na piedestał osób i organizacji, które mają na sumieniu krwawe zbrodnie wobec polskiej ludności cywilnej.
Nazwisko Stepana Bandery czy Romana Szuchewycza nie jest symbolem zwykłej walki o niepodległość. Jest związane przede wszystkim z działalnością Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i tragedią ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.
W latach 1943–1944 oddziały UPA oraz część ukraińskiej ludności dokonały masowych mordów na Polakach (nawet 120 tys. ofiar) na terenach dzisiejszej zachodniej Ukrainy. W polskiej historiografii i polityce państwowej wydarzenia te określane są jako ludobójstwo.
Wiatrowycz odrzuca tę kwalifikację. Utrzymuje, że był to krwawy konflikt narodowy prowadzony w warunkach okupacji, w którym zbrodni dopuszczały się obie strony.
„Gdzie w historii świata znajdziecie ludobójstwo, w którym ofiary zabijają swoich katów?” – pyta przewrotnie.
To właśnie ta interpretacja jest głównym punktem konfliktu. Polscy historycy wskazują, że nie można sprowadzać Wołynia do zwykłej wojny dwóch podziemi – jak chciałby Wiatrowycz, ponieważ głównymi ofiarami były tysiące cywilów – kobiety, dzieci i osoby starsze.
Zdaniem krytyków Wiatrowycza problem polega na tym, że próbuje on przesunąć rozmowę z pytania o odpowiedzialność za zbrodnie na pytanie o ogólny kontekst historyczny.
„Polska przyzwyczaiła Ukrainę do ustępstw”
Jednym z najostrzejszych zarzutów Wiatrowycza wobec Warszawy jest przekonanie, że Polska przez lata oczekiwała od Ukrainy kolejnych gestów pokory.
Według niego ukraińskie „ustępstwa” nie doprowadziły do zakończenia sporu, lecz tylko zwiększyły oczekiwania strony polskiej.
„Jak tylko zaczynamy iść w kierunku: czego sobie życzycie? – będzie tylko gorzej. Wymagania będą rosły” – twierdzi.
Ale problemem nie są same ustępstwa, lecz brak jednoznacznego uznania przez Ukrainę polskiej perspektywy ofiar.
Dla rodzin pomordowanych na Wołyniu nie jest to akademicka dyskusja o interpretacjach historii, ale kwestia pamięci o bestialsko zamordowanych bliskich.
„Akcja Wisła” jako ukraińska odpowiedź
Wiatrowycz mocno akcentuje temat akcji „Wisła” z 1947 roku.
Jego zdaniem to właśnie ona powinna stać się jednym z fundamentów wspólnej polsko-ukraińskiej pamięci, ponieważ była działaniem komunistycznych władz Polski przeciwko ludności ukraińskiej.
„To typowy komunistyczny zbrodniczy czyn” – mówi.
W Polsce również istnieje szeroka krytyka akcji „Wisła”. Jednocześnie część historyków wskazuje na jej powojenny kontekst – walkę władz komunistycznych z ukraińskim podziemiem i UPA.
Spór polega jednak na tym, że dla strony polskiej „Wisła” nie może być traktowana jako odpowiednik Wołynia, a zestawianie obu wydarzeń budzi ogromne emocje.
„Polska wybiera historię zamiast geopolityki”
Według Wiatrowycza Warszawa popełnia błąd, pozwalając, aby historia przesłoniła współczesne interesy.
To, co obecnie dzieje się wokół tzw. Wołyń-43, naprawdę przypomina mi „pobiedobiesie”. Zjawisko wykroczyło już poza ramy jakichkolwiek dyskusji historycznych i przekształciło się w quasi-religię, w której nie ma miejsca na dyskusję, gdzie odbywają się pewne rytuały, pojawiają się święte słowa i liczby, których pod żadnym pozorem nie wolno naruszać. Widzieliśmy już, do czego doprowadziło to w społeczeństwie rosyjskim w wyniku tej choroby, i obawiam się, że coś podobnego może się zdarzyć również w społeczeństwie polskim – mówi.
Najbardziej kontrowersyjna część wypowiedzi Wiatrowycza dotyczy możliwych konsekwencji obecnych napięć.
Ukraiński historyk uważa, że wzrost antyukraińskich emocji w Polsce może doprowadzić do niebezpiecznych zjawisk społecznych.
„W najgorszym razie doprowadzi to do pogromów na Ukraińcach. Jest ich wielu, łatwo ich rozpoznać, są tam bezbronni, jeśli państwo polskie ich nie ochroni” – mówi.
Porównuje obecne mechanizmy politycznego wykorzystywania historii do rosyjskiego sposobu budowania wrogości wobec Ukrainy.
W rozmowie z Ukraińską Prawdą Wołodymyrowi Wiatrowyczowi przypomniano przykład Chorwacji. Przed wejściem do Unii Europejskiej Zagrzeb musiał zmierzyć się z presją międzynarodową dotyczącą oceny własnej wojennej przeszłości. Symbolem tego sporu stał się generał Ante Gotovina – wydany Hadze jako zbrodniarz wojenny. Ale sam generał, zza krat, wezwał naród do poparcia integracji europejskiej w referendum.
Wiatrowycz zapytany, czy Ukraina może tymczasowo porzucić swoich bohaterów w imię członkostwa w Unii Europejskiej odpowiada;
– Ani Bandera, ani Szuchewycz nie będą wzywać Ukraińców do poświęcenia pamięci w imię integracji europejskiej. A współcześni obrońcy Ukrainy nie pozwolą na poświęcenie pamięci o Banderze i Szuchewyczu.



Dodaj swój komentarz