Rada Ministrów Ukrainy mimo wahań wprowadziła wczoraj wieczorem stan wyjątkowy w dziedzinie energetyki. Co to oznacza dla kraju?
Przed kilkoma godzinami tamte zapowiedzi stały się faktem. Zużycie energii musi od tej chwili zostać zdławione do minimum. A nawet minimum minimorum, tzn. 20 tys. ton węgla dziennie, co stanowi 40% wartości obecnej.
Ale nawet przy tak drastycznej obniżce rezerwy węgla wystarczą na 40, może 41 dni… Ukraińska gospodarka nie może szybko zrezygnować z carbonium, ponieważ część elektrowni funkcjonuje wyłącznie w oparciu o węgiel.
Jest to jeszcze jedna konsekwencja wojny w Donbasie, czyli – nie owijając w bawełnę – agresji dzikiego barbarzyństwa Azji na dawną Ruś Kijowską. O co w tym wszystkim chodzi?
Otóż separatyści kontrolują złoża “czarnego złota”, usytuowane, pech chciał, we wschodniej części kraju. Teraz mogą powiedzieć: “nie damy wam węgla i co nam zrobicie?”
Naszym zdaniem ma to związek z uruchomieniem mostu łączącego Rosję z Krymem. Do tej pory Moskale wahali się zaszantażować Kijów węglem, bo ten mógł im zamknąć jedyny rurociąg transmitujący na półwysep pitną wodę.
Wydaje się, że Ukraińcy ten okres przespali. Należało albo zmusić Rosjan do tego, by wysyłali ją zabutelkowaną stateczkami, albo zorganizować sobie alternatywne dostawy paliwa.
Tymczasem zostały rozpaczliwe słowa Wołodymyra Hrojsmana: “blokowanie dostaw carbonium jest przestępstwem. W przypadku innych surowców nie jest to takie oczywiste, ale tutaj tak”.
Prawdopodobnie – to nasz domysł – szef ukraińskiego rządu czyn tu aluzję do faktu, iż węgiel jest kopaliną, której właścicielem jest państwo, natomiast ropa albo gaz dostarczane z Rosji – już nie.
Ma to jednak w tym momencie znaczenie niewielkie.
Kresy24.pl


