
Kolejni “wierni sojusznicy” odwracają się od Moskwy. Jedni próbują to robić w miarę taktownie, inni nie dbają nawet o pozory. Węgry, Syria, Wenezuela, chwiejna Serbia, słabnący Iran, pogrążona w ciężkim kryzysie Kuba i wykruszające się po kolei kraje Afryki to jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy nawet “na własnym podwórku” nie ma już na kogo liczyć.
Najbardziej bolesnym ciosem w ostatnich dniach była odmowa Chin dostarczenia Rosji silników okrętowych do uruchomienia żeglugi Północnym Szlakiem Morskim w Arktyce. Sztandarowy niegdyś projekt rosyjsko – chińskiej współpracy strategicznej i energetycznej umarł.
Pekin kolejny raz odrzucił też drugi wspólny projekt, który Putin od lat lat uparcie forsuje – gazociąg Siła Syberii-2. Chiny nie odczuwają deficytu gazu, mogą go sobie w miarę tanio sprowadzić z dowolnego kierunku. Nie widzą więc powodu, by kupować gaz z Rosji “w imię przyjaźni”. Żądają ceny wewnątrzrosyjskiej – 50 USD za tysiąc m3, czyli kilka razy mniej, niż chce Rosja.
Zresztą ostatnio, zamiast być eksporterem energetycznym do Chin, Rosja nieoczekiwanie stała się importerem. Deficyt benzyny z powodu ukraińskich uderzeń w rafinerie zmusił ją bowiem do sprowadzania paliw z Państwa Środka, podobnie jak z Indii. Tyle, że oba te kraje nie mają jakichś szczególnych nadwyżek na eksport, więc ich pomoc jest ograniczona.
A już we własnej “strefie wpływów” porażkę Kremla widać gołym okiem. Cała dawna sowiecka Azja Środkowa – in corpore – szybko dryfuje gospodarczo w stronę Chin. Kazachstan zakazał importu większości rosyjskiego zboża, nieszczególnie kwapi się z wysyłaniem benzyny i faktycznie dołącza do sankcji. Kirgistan też bardziej udaje, że “chce pomóc”, niż realnie to robi.
Uzbekistan wsadza do więzienia każdego, kto zaciągnie się do armii rosyjskiej i raz po raz grzmi na Rosję za prześladowanie imigrantów z tego kraju. Zaś Azerbejdżan niemal otwarcie występuje po stronie Ukrainy, zwalcza wszelkie rosyjskie wpływy u siebie i nieustannie wymienia z Kremlem ciosy polityczne.
O Armenii w ogóle szkoda gadać – “wypięła się” na sojusz obronny OUBZ z Rosją i coraz bardziej zbliża się z Zachodem. Co więcej, szybko poprawia swoje relacje z Azerbejdżanem i Turcją, uruchamia z nimi korytarze transportowe i nie daje się już Moskwie rozgrywać.
Mołdawia szybkim krokiem zmiesza w objęcia Rumunii, porzuca WNP i uważa Rosję za wroga. Kto zostaje? Gruzja? Chwilowo wprawdzie kontrolowana politycznie przez rosyjską agenturę wpływu, ale nie ma złudzeń – przy pierwszej okazji odbierze Abchazję i Osetię Południową. W Tbilisi wszystko potrafi się zmienić w jeden dzień. Tadżykistan? Wolne żarty. Birma? A gdzie to jest?
W zasadzie wszędzie dookoła Kremla są jak nie wrogowie, to zdrajcy i rosyjska propaganda nie nadąża już “brać na tapetę” codziennie innego przeciwnika. A przecież trzeba jeszcze każdego dnia “masować się” z Ukrainą i co pewien czas “dokopać” Polsce, krajom bałtyckim, Finlandii, Japonii, NATO i UE jako całości oraz delikatnie wrzucić kilka gorzkich słów do ogródka Trumpa.
Na dobrą sprawę Putinowi pozostała więc tylko – oprócz Korei Północnej – Białoruś. Jej wojsko nie pali się wprawdzie, by dołączyć do wojny z Ukrainą, ale można ją dość brutalnie “doić” z żywności i benzyny, kiedy w Rosji ich brakuje.
Problem w tym, że Białoruś produkuje przez miesiąc tyle paliwa, ile Rosja zużywa w jeden dzień, więc dostawy z tego kierunku niespecjalnie Putina ratują.
Sąsiedzi Rosji widzą jej słabość i traktują to jako szansę na wyrwanie się z jej strefy wpływów i wzmocnienie własnej politycznej niezależności – podsumowuje EUObserver.



Dodaj swój komentarz