
Collage za fot. TASS
Z powodu utraty dużej liczby wyrzutni obrony powietrznej rosyjskie dowództwo rozpoczęło – wzorem Ukrainy – tworzenie w całym kraju doraźnych “mobilnych grup ogniowych” do odpierania nalotów dronów. Pierwsza z nich weszła do akcji pod Woroneżem i “na dzień dobry” strąciła własny śmigłowiec szturmowy Ka-52 – donosi Dialog.
Maszynę wysłano nad miasto w tym samym celu, jaki postawiono “grupie ogniowej” – do tropienia nadlatujących dronów. Wkrótce została jednak dość precyzyjnie trafiona z ziemi. W wyniku “friendly fire” jeden pilot zginął, drugi zdążył się katapultować.
Oburzone rosyjskie z-kanały piszą o kompletnym braku koordynacji i chaotycznym szkoleniu, które sprawiło, że niezdarna grupa ogniowa zamiast strącać ukraińskie drony, zestrzeliła własny śmigłowiec za 20-25 mln dolarów.
Korespondent wojenny Romanow wzywa, by surowo ukarać winnych. Według niego, takie źle wyszkolone grupy rezerwistów BARS (Bojewoj Armijnyj Riezierw Strany) na pickupach z karabinami maszynowymi stwarzają realne zagrożenie, kiedy zaczynają chaotycznie strzelać do celów, których nie próbują nawet zidentyfikować.
Inni blogerzy są bardziej oszczędni w słowach, ale i oni przyznają, że “system nie działa najlepiej i brakuje profesjonalizmu”. Naszym zdaniem, ta krytyka jest trochę krzywdząca. Przecież, jakby tam nie było, dzielni BARS-owcy jednak trafili w cel dość skutecznie.




Dodaj swój komentarz