Nasi rodzimi darwiniści – podobnie zresztą, jak PO – zwykli przekonywać, że koncepcja Międzymorza popularna jest wyłącznie wśród żoliborskiej inteligencji. To nieporozumienie.
Przeświadczeniu o egzotyczności idei Międzymorza towarzyszy często argument o tym, że oto z narodami ULB mamy protokół rozbieżności w stosunku do wspólnej historii.
Granda! Jeden naród – POLACY – nie mamy spójnego stosunku do własnej historii, cóż dopiero wymagać monolitycznego i na dodatek pozytywnego podejścia do naszych dziejów od wspólnot, które określiły się – mój Boże – no właśnie zgodnie z ukochanymi przez darwinistów kategoriami etnolingwistycznymi.
Czy to jednak powinno być wystarczającą przesłanką, aby w ramach tradycyjnego, patriotycznego dyskursu stwierdzić, że jesteśmy skazani na polskość rozumianą ekskluzywnie? Że nic dla ratowania Międzymorza nie da się zrobić? Takie przekonanie musimy zdecydowanie odrzucić.
Czasem można bowiem obejść język oraz ludowy strój po to, by wybrać inne lepiszcze spajające naród. Na przykład historię. Dosyć jaskrawo widać to na przykładzie trójjęzycznej Szwajcarii, która od 800 lat jakoś się nie sypie.
Ale i Polska ma w tym niejakie doświadczenie – to znaczy dwu-, a tak naprawdę: trój-członową, polsko-litewsko-ukraińską Rzeczpospolitą. W XVI wieku – lokalną potęgę, potrafiącą obezwładniać ówczesne pakty Ribbentrop-Mołotow [sic!]
Polski “darwinizm” okrada Polskę nie tylko z szans na wielkość, ale i z pamięci o wielkości minionej. Nie ma w tej opowieści miejsca dla jakichś ruskojęzycznych Ostrogskich, którzy rąbali Moskwę pod Orszą.
Podobny problem “zawłaszczania przez ideologię” istnieje, oczywiście, również w przypadku ukraińskich spadkobierców banderyzmu – no question about that. Owi dżentelmeni uważają, że II RP była okupantem, a na Wołyniu doszło do jakiejś mitycznej “tragedii”.
Warto jednak w tym momencie zwrócić uwagę – co już po trochu czyniliśmy – na inny typ ukraińskiego nacjonalizmu, bo o nim tutaj mowa. Taki mianowicie, który jawnie sympatyzuje z Polską.
Przeglądam właśnie portal silnie akcentującego ukraińską tożsamość narodową pułku “Azow” i, po wstukaniu w wewnętrzną wyszukiwarkę hasła “Polska”, czytam taki oto materiał sprzed 3 dni (proszę wybaczyć niedoskonałość tłumaczenia):
Niemal jednoznacznie można mówić o przeniesieniu idei Sojuszu Bałto-Czaromorskiego z papieru w sferę praktycznej polityki – i to mimo prowokacji ze wszystkich stron (w Rosji otwarcie nie życzą sobie stworzenia we wschodniej Europie prawdziwie silnej wspólnoty ekonomicznej)…
Jak widać niedawna decyzja władz Charkowa, by zawiesić tablicę poświęconą Piłsudskiemu na niegdysiejszym gmachu uniwersyteckim nie była przypadkowa. Duch Marszałka żyje po obu stronach Bugu.
Ukraińscy nacjonaliści zwolennikami idei Międzymorza? W rzeczy samej. Nacjonalizm – na szczęście – niejedno ma imię. Ten ukraiński wydaje się dużo bardziej “nasz” w sensie politycznym, niż ten nasz nadwiślański – nienawidzący wszystkiego, co jakkolwiek niehomogeniczne.
Dominik Szczęsny-Kostanecki
