
Fot: Mark Voroshilov / Dialog
Ukraina ogłosiła opracowanie dwóch typów własnych pocisków balistycznych. Jeden ma atakować cele w pobliżu linii frontu, drugi – na dalekich tyłach Rosji. Oba stworzyła firma Fire Point, która obiecuje bardzo niskie koszty i szybkie wdrożenie – donosi Current Time.
Co wiadomo o nowych rakietach i jak mogą one wpłynąć na losy wojny? Pierwszy z tych pocisków to taktyczny FP-7 o zasięgu 200-300 km, z głowicą 150 kg, osiągający prędkość 1500 metrów na sekundę. Został już przetestowany.
Z kolei wariant FP-7.X to interceptor – pocisk ziemia-powietrze do strącania rosyjskich rakiet balistycznych. Jego zadaniem jest zastąpienie drogich amerykańskich systemów Patriot.
Osiągi balistycznego FP-7 są porównywane do amerykańskiego ATACMS lub posowieckiego Toczka-U. Ale koszt produkcji – 500 tys. dolarów – jest 2-3-krotnie niższy niż ATACMS-a. Celem tych rakiet ma być bezpośrednie zaplecze frontu i obszary wzdłuż granic Ukrainy.
“W promieniu 300 km jest mnóstwo soczystych celów, w tym kluczowe rosyjskie bazy lotnicze, a także cele na Krymie, czy w Woroneżu” – ocenia redaktor naczelny Defense Express, Oleg Katkow.
“Potrzebujemy taniego rozwiązania, które można szybko produkować. Zachodnie rakiety są drogie i są problemy z ich dostawami. A kolejny kluczowy element to dobry system naprowadzania i koordynacji, by precyzyjnie trafiać w cele. Obecnie mamy margines błędu tylko kilka metrów” – mówi szef kompanii zbrojeniowej, Anatol Chrapczyński.
Dlatego Ukraina wybrała drogę na skróty. Na potrzeby FP-7 “zerżnęła” korpus z rosyjskiej S-400, co pozwoliło zaoszczędzić dużo czasu na opracowanie własnego kadłuba i testy aerodynamiczne. Testy lotne pocisk ma już za sobą. Pozostałe testy i wdrożenie bojowe zajmie jeszcze 6-9 miesięcy – przewiduje Chrapczyński.
Inna kwestia, ile tych pocisków Ukraina zdoła produkować. Według ukraińskiego wywiadu wojskowego, Rosja produkuje 60 balistycznych Iskanderów miesięcznie, czyli dwa dziennie. “Nie jest to tempo, które moglibyśmy osiągnąć już na pierwszym etapie, ale to pokazuje jak trudny jest to proces” – zauważa Katkow.
A co z drugą rakietą? To broń o wiele potężniejsza – operacyjno-strategiczny pocisk FP-9 o zasięgu 855 km, z 800-kilogramową głowicą. Jego zdolności są więc nieco większe, niż rosyjskiego Iskandera.
Nagrań z testów tego pocisku jeszcze nie ma. “Mamy już wszystko, czego potrzeba do FP-9, który może dotrzeć do Moskwy i wejść w cel z przyzwoitą prędkością, oprócz dopracowania silnika. Mamy napęd, układ sterowania, korpus rakiety, ale nie montujemy korpusu silnika, zanim go nie przetestujemy” – mówi dyrektor Fire Point, Denis Stillerman.
Aby przyspieszyć wdrożenie pocisku do masowej produkcji maksymalnie skrócono proces jego rejestracji przez Ministerstwo Obrony. Powstają też dziesiątki prototypów testowych.
“Ukraińska balistyka zmieni wszystko w tej wojnie. I zmieni status Ukrainy na świecie. To już jest pierwsza liga. Ale nie chcę jeszcze budzić nadmiernych oczekiwań i dawać naszemu wrogowi jakichkolwiek sygnałów” – zastrzega minister obrony, Mychajło Fiodorow. Zapewnia, że są pieniądze na produkcję.
Jedno nie ulega wątpliwości: wieloletnia stagnacja w produkcji rakiet na Ukrainie to już przeszłość. A wkrótce do przeszłości odejdzie pewnie także nieustanne proszenie Zachodu o dostarczenie przynajmniej kilku kolejnych ATACMS-ów, czy Storm Shadow, nie mówiąc już o obiecywanych Taurusach z Niemiec, których Ukraina do dziś nie dostała.




Dodaj swój komentarz