
Ilustracja: AI
Karczma dostarczała niegdyś wszelkich dostępnych na wsi uciech i rozrywek. W jej izbie jedni siedzieli przy kuflu lub dobijali transakcji, inni zapamiętale tańczyli, a jeszcze inni rżnęli w karty, kości, a nawet grali w kręgle. A zatrzymujący się tam przyjezdni opowiadali różne dziwy i nowiny z dalekiego świata, bo Internetu i telewizji przecież nie było.
Radość i hulanka do upadłego
Najbardziej huczne zabawy były w niedziele. Według relacji cudzoziemców, w polskich karczmach panował niepospolity łomot, wrzask i tumult, który ogłuszał nieprzywykłych do takiego hałasu zagranicznych gości.
Podochocone alkoholem i spocone towarzystwo tańczyło w tym dawnym “pubie” z szaleńczym temperamentem, wycinało hołubce i pohukiwało na całe gardło. Przygrywała kapela złożona z dud i skrzypek, a czasem także z basetli, fletu i bębna.
Jak pisał w XVII wieku słynny sarmata Jakub Kazimierz Haur: “Szynk bez muzyki, wóz bez smarowidła, taniec bez dziewki za nic stoi”. Pełne werwy sceny zabaw z końca XVIII wieku upamiętnili na rysunkach malarz Jan Piotr Norblin i jego uczeń Aleksander Orłowski.

“Zabawa w Karczmie” – rysunek Jana Piotra Norblina, ok. 1800 r. Muzeum Narodowe w Warszawie
Karczmy nosiły zwykle bezpretensjonalne i niewyszukane nazwy potoczne: Wygoda, Radość, Rozkosz, Uciecha, Hulanka, Zabawa, Wesoła, Łapigrosz, Łapigość, Ostatni Grosz, a nawet… Sodoma. A ponieważ czasem odciągały one chłopów od Kościoła, “lokale pod wiechą” pozwalano otwierać dopiero po mszy.
Często zresztą to nikt inny jak pleban był właścicielem takiego “lokalu”, a czasem i szlachcic – dwór albo bezpośrednio administrował karczmą, albo – jak to wówczas mówiono – “puszczał ją w arendę”, czyli dzierżawę.
Mylne jest mniemanie, że właścicielami byli wszędzie głównie Żydzi. Owszem, tak było często na Litwie i dawnych ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej. Ale na zachód od Wisły byli to zwykle rdzenni Polacy, wywodzący się na ogół z “łyków”, czyli mieszczan. Karczmarza – Niemca można było spotkać rzadziej, chyba że na Warmii i Pomorzu Gdańskim.
Zajazd bez podcienia – człowiek bez sumienia
Karczmy budowano zwykle w środku wsi, blisko kościoła. Czasem też przy trakcie handlowym – w tych zajazdach zatrzymywali się podróżni i były one często stacjami poczty konnej.
Przykładami takich dawnych “moteli” na ziemi krakowskiej są istniejące do dziś karczmy w Jeleśnej i Sławkowie lub austeria w Podhorcach pod Lwowem z XVI wieku, zbudowana naprzeciwko słynnego pałacu-zamku Koniecpolskich i Rzewuskich.
Były to często budynki z zadaszonymi podcieniami od frontu, wsparte na drewnianych lub murowanych słupach. “Karczma bez podcienia – człowiek bez sumienia” – mawiano. To właśnie podcienie dowodziły bowiem troski, a nie tylko chęci zysku gospodarza, pozwalając podróżnym schronić się przed niepogodą i przespać na ławie, jeśli nie było ich stać na nocleg.
Przez centralne szerokie wrota wchodziło się do obszernej sieni. Na lewo była wielka izba, do której przylegał pokój karczmarza oraz mała komora. Na prawo od sieni były dwie izby gościnne. Sień kończyła się drzwiami do dużej stajni na tyłach, zwanej “stanem”.
Pośrodku stajni “parkowano” wozy i powozy, a po obu bokach były boksy dla koni. Istniał jeszcze drugi popularny typ zajazdu, gdzie “stan” był przedłużeniem karczmy, złożonej z izby karczemnej, alkierza i małej sieni.

Zabawa wojska kościuszkowskiego w karczmie
1797. Rysunek Aleksandra Orłowskiego, Muzeum Narodowe w Warszawie
Adam Mickiewicz tak opisuje z humorem litewską karczmę z początku XIX wieku, którą zapamiętał z młodości:
Dach z darnic i ze słomy, śpiczasty zadarty,
pogięty jak kołpak żydowski podarty.
Ze szczytu wytryskują krużganku krawędzie,
oparte na drewnianym licznych kolumn rzędzie.
Kolumny, co jest wielkie architektów dziwo,
trwałe, choć wpół zgniłe i stawiane krzywo.
Jako w wieży pizańskiej, nie według modelów
greckich, bo bez podstawy i bez kapitelów.
Nad kolumnami biegną wpółokrągłe łuki,
także z drzewa, gotyckiej naśladowstwo sztuki.
Z wierzchu ozdoby sztucznie nie rylcem, nie dłutem,
ale zręcznie ciesielskim wyrzynane sklutem.
A warunki? Pożal się Boże…
Nie ma co ukrywać – w zajazdach na Kresach warunki były o wiele gorsze, niż na zachodzie Polski. Tak Inflandczyk, Fryderyk Schulz opisywał noc spędzoną na Kowieńszczyźnie w 1791 roku:
“Byłem więc zmuszony zajechać do żydowskiej karczmy i tu w towarzystwie, którego nie da się opisać, składającym się z rosyjskich żołnierzy, gołych Litwinów, półpijanych Polaków i licznej rodziny izraelskiej, pozostać do godziny trzeciej. Grupy tych gości karczemnych godne były pędzla Fieldinga i Hogartha. Wszystkie moje zmysły zbyt się nimi przesyciły, bym chętnie rychło drugi raz szukał podobnego towarzystwa”.
Podobne wrażenie zrobiła na etnografie Zygmuncie Glogerze karczma, w której nocował podczas podróży archeologicznej nad Niemen w 1872 roku:
“Arendarz, który kłaniając się uprzejmie wprowadził nas do szynkowni, gdzie różnica atmosfery, którą oddychało kilka rodzin izraelskich, pogrążonych w modlitwie, była srodze uderzająca. Przy nieznośnym gorącu niezliczone roje much dzieliły zgiełk i wieczerzę szabasową. Zaprowadzono nas do ciasnego za szynkownią alkierza, który był sypialnią arendarza i posiadał wszelkie przymioty izby pierwszej, jakich nie mogłem ani w części usunąć przez otwarcie okien, bo były zabite gwoździami. W dowód poważania ofiarowano tutaj do nocowania dwa łóżka małżeńskie (…). Z prawdziwą wdzięcznością odmówiliśmy wszystkiego, co nam tak szczerze ofiarowano i poprosiliśmy o skromną wiązkę siana lub słomy do jakiejś nie niezamieszkałej przez ludzi komory”.

Ilustracja: AI
Zrozumiałe, że takie warunki zmuszały podróżnych, a szczególnie ludzi bardziej majętnych, do zabierania w drogę własnej pościeli, naczyń i żywności. Według relacji szwajcarskiego uczonego – podróżnika J. Bernoulliego:
“Kto wiele podróżował i nie lubi obciążać się dużym bagażem, szybko przyzwyczaja się spać równie dobrze na słomie, jak i na miękkich piernatach, a my cieszyliśmy się przynajmniej, kiedy nieznośny upał i zaduch nie zmuszał nas do przepędzenia nocy w powozie, jak to się kilkakrotnie zdarzyło”.
Uczony bardzo też narzekał na prymitywne łyżki drewniane w zajazdach:
“I najtrudniej było mi przywyknąć do używanych tu drewnianych łyżek. Stają się w niedługim czasie bardzo szorstkie, a nawet najlepszy rosół z kury, czerpany taką szczotką, wydaje mi się niesmaczny”.
Bohdan Nielubowicz

