
Batiary we Lwowie. Fot: z archiwum Mateusza Parkasiewicza
Przyglądam się nieraz sentymentalnej mapie dawnego, polskiego Lwowa. Na samym środku, rzecz jasna, rękami i nogami rozparł się batiar – ucieleśnienie miejskiej fauny miasta, nosiciel legendy i obiekt westchnień romantyków. Pomińmy fakt, że wielu z tych, którzy dziś fantazjują o „spotkaniu prawdziwego, lwowskiego batiara”, zmieniliby zdanie, choćby podczas nocnego spaceru po Kleparowie w kompanii wybranki. Czym zatem jest? Czy tylko lwowską chuliganerią? O nie, batiar, ten zbiorczy inkubator lwowskiego folkloru, zasługuje na głębszą refleksję. Gdy bowiem przyjrzeć mu się bliżej, w jego archetypie znajdziemy bardzo istotny pierwiastek – pierwiastek buntu. Na Zachodzie eksplodował on w drugiej połowie XX wieku, rodząc jazz, blues i rock’n’roll. W radzieckim Lwowie dusiła go sowiecka szaruga, zaś w Polsce przykryła go emocja nostalgii. Dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, spróbujmy nieco przetrzeć okulary. Zabierzmy batiarowi, choćby tylko na chwilę, obywatelstwo „raju utraconego”. Tym bardziej, że perypetiom z jego pieśni, a więc i jej duchowi, znacznie bliżej, niż do kościelnych organów, jest do rock’n’rollowej ballady.
A kto Lwowa nie szanuje…
Parafrazując nieco Józefa Wittlina, postawmy tezę: Batiar był jak sam Lwów. Był zjawiskiem z ducha zachodnioeuropejskim, z nadzwyczaj jednak silnym, wschodnim, nomen omen, akcentem. Z tych samych powodów był zupełnym zaprzeczeniem świata Sowietów. Związek Radziecki, ten ponury kolos, z oficjalną linią partii i „kulturą” produkcyjniaków, nie mógł istnieć w zgodzie z zasadą Europy, a ta przecież była „głęboką ojczyzną” lwowskiego makabundy. To w Europie śpiewają jak chcą i o kim chcą, to Europa, kiedy chce, dworuje sobie z autorytetów. Znana jest anegdota o batiarusie czasów Austro-Węgier, który pragnąc przejechać się kolejką, usłyszał: „Nie jedziemy, zmarł Franciszek Józef!”. Średnio speszony tą wieścią, odparował: „Kto?! Taj trudno, naj kto inszy korbu kręci!”.
Jeszcze innego aresztowali, gdy ów idąc ulicą, w dumnej przyśpiewce oznajmiał, iż „w d… ma cesarza”. Został jednak wkrótce zwolniony, a w uzasadnieniu podano, iż głosił „fałszywe informacje o położeniu imperatora”. Ideowy następca powyższych, już w latach trzydziestych, wydał podobnego ducha piosenkę o Rydzu-Śmigłym. Należy wspomnieć, że powstała ona tuż po zajęciu Czechosłowacji: „Nasz marszałyk bardzu dzielny, zdobył sławy niśmirtelny / bo jak Czecha Szwab pułożył, on trupowi tyż przyłożył”. Trafił za to na pewien czas „do ciupy”, co, rzecz jasna, nijak nie wpłynęło na batiarskiego ducha.
Raczkująca polska popkultura dała nam jego wyraz – wielkich Szczepka i Tońka, z ich lwowskim humorem, lwowską satyrą na wszystko, co się takowej, z perspektywy miasta nad Pełtwią, domagało. Lwów stał się także centralnym miejscem dla dwóch słynnych filmów Waszyńskiego – „Włóczęgi” i „Będzie lepiej”. Miasto grało, śpiewało, świadczyło o blaskach i cieniach. I oto w pewnym momencie melodia zmienia ton. Nagle smutnieje, połyskując już tylko wspomnieniem miejskich dzielnic i nadzieją rychłego powrotu.
Poza sentymentem jest w tym zakodowana głębsza treść (sentyment zawsze zresztą odnosi się do treści). Tą treścią wołanie o kontynuację, o dalsze trwanie. Niemożliwe jest jej podjęcie bez pytania o to, „co by było, gdyby”. Co, gdyby struktura Lwowa pozostała niezmieniona, gdyby na jego zachodnią naturę nie nastąpił sowiecki but? Natura grodu Lwa była wszak czymś zupełnie przeciwnym.
Ktoś mógłby uznać to za niepotrzebne gdybanie. Wpisanie batiara w trendy kultury powojennej jest jednak czymś innym, niż puste marzycielstwo. Pozwala ono zrozumieć jego naturę, fenomen, i wreszcie – jest zupełnie logiczną odpowiedzią na wołanie o kontynuację. Zastanówmy się więc, kim mógłby być, gdyby jego żywioł zachował się w jakiejkolwiek formie w warunkach wolnego świata? Kim byłby batiar, wpisany w rzeczywistość powojenną, gdyby ta rozwijała się na zasadach Zachodu? W jego formacji duchowej tkwiły w końcu te same ziarna, co w analogicznych kulturach zza „żelaznej kurtyny”. Idąc tym tropem, dojdziemy do ciekawego wniosku – Lwów, miasto batiarów, można uznać za jedną z kolebek polskiej kontrkultury.
Ćmaga, binia i jazz
„Tylko… ten Lwów, Jezu, jaki inny, taki nagle obcy” – to zdanie, zapisane przez Tadeusza Chciuka, owoc konfrontacji z powojennym Lwowem, mówi nam o czymś znacznie głębszym, niż prostej zmianie granic. W świadectwach tamtego okresu przewijają się porównania miasta „do” z miastem „po”, spośród których „Europa i Azja” jest tym najlżejszym.
Nie ma drugiej takiej opozycji, która oddawałaby stosunek między naturą ziem podbitych przez Sowietów a specyfiką i mentalnością tych ostatnich, niż ta, która najsilniej objawiła się we Lwowie i słowach Chciuka. Z jednej strony – miasto, choć przecież różne, to jednak rozśpiewane, wolne i pełne jedynego w swym typie poczucia humoru. Z drugiej – miasto zakute w szarzyznę Sowietskogo Sojuza. Gdzie zatem podziało się wszystko to, co stanowiło dla owej szarzyzny naturalnego wroga? Co z lwowską Europą? Najprościej będzie powiedzieć, że w przeważającej części migrowała. Na tym jednak nie kończy się jej historia. W domach lwowiaków rosło już nowe pokolenie. Ich przeznaczeniem będzie stać się pionierami żywiołu, który zostawi trwały ślad w melodii Wschodniej Europy. Brzmienia, które wpędzi w gorączkę całe sztaby sowieckich cenzorów. Mieli stać się pionierami jazzu.
Liczba lwowskich wygnańców w tym świecie jest nadzwyczajna. Kurylewicz, Bożyk, Trzciński czy „Duduś” Matuszkiewicz – to tylko niektóre z nazwisk. Można spierać się o to, czym wpływ miasta dzieciństwa i miasta ich rodziców był wobec wpływu ośrodków, które formowały ich przez resztę życia, jak choćby Kraków. Ciekawiej robi się wtedy, gdy przyjrzymy się kulturze międzywojennego Lwowa.
Między specyfiką jazzu i miasta nad Pełtwią istnieje niezwykle silny rezonans. Jazz był i jest muzyką indywidualistów, często pochodzących z nizin społecznych, żyjących mniej lub bardziej na bakier z normą społeczną. Lwów słynął ze wspomnianych już wyżej batiarów, rzadko kiedy, jak wspomniani już adwersarze cesarza czy marszałka, ceniących autorytety. Od politycznych – „oda” do marszałka – poczynając, na tych nieco bliższych kończąc. Jak we lwowskim szlagierze: „Wtem nadchodzi policaj, taj zabira głos, to ja kułak odbijam – policaja w nos”. I nie jest to wyłącznie pochwała zwykłej bandyterki. Zresztą, jak wspomina Witold Szolginia, prawdziwych kryminalistów batiarnia określała mianem „kinderów” i gnała jak najdalej od swojej dzielnicy. Jest to raczej pochwała swobodnego stylu życia, okraszonego humorem, muzyką i miłością, nawet jeśli przygodną.
Polskim mieszkańcom i miłośnikom Lwowa znany jest tekst piosenki „Serce batiara”. Przestrzega się w nim przed jego krzywdzeniem i zachęca do czynienia mu dobra, gdyż na wszystko odpowie „sto razy wiencyj, jak ty”. Spójrzmy przy tym na etymologię słowa „jazz”. Słowo to, wedle najpopularniejszej wersji, wzięło się z języków afrykańskich i oznacza „energię, entuzjazm bądź pobudzenie”. Jest to dokładnie ten rodzaj postawy, zbuntowany przeciw nijakości, szarudze i nudzie. I mimo że nie doczekaliśmy czasów, w których polscy lwowianie – było nie było, dzieci tego ducha – mogli rozkręcić jazz, jaki znamy, gdzieś na placu Halickim, to w końcu zrobili go w Krakowie i Wrocławiu. Przypomnijmy sobie wymienione nazwiska. Czy zatem nieprawdziwą będzie teza, iż Lwów, w pewnym sensie, można uważać za jedną z kolebek polskiej kontrkultury?
Popularna w Polsce wizja, każąca widzieć Lwów i tzw. „Kresy” wyłącznie jako „raj utracony”, ten grobowy obrazek i jego wysoki ton, jest zrozumiały z punktu widzenia psychologii. Stoi jednak w wyraźnym kontraście do brzmień, które dochodzą nas z przestrzeni tamtych lat. Aby nie dać Czytelnikowi powodu do podejrzeń, iż jest to wyłącznie refleksja autora, przywołajmy ponownie Józefa Wittlina oraz jego wspomnienia lwowskich parków.
„Ongi (…) była to domena Towarzystwa Jezusowego. Lecz pokażcie mi lwowianina, co by wykrztusił z siebie tak skomplikowaną nazwę! – Dokąd idziesz? – Do Ogrodu Pojezuickiego! – Przepraszam, ale nawet sam burmistrz Ciuchciński nie ośmieliłby się tak powiedzieć. Podobnie nikomu we Lwowie nie przeszłaby przez gardło świeża stosunkowo nazwa tego samego ogrodu: „Park im. Tadeusza Kościuszki”. Nie żeby lwowianie mieli coś przeciw Naczelnikowi, tylko z wrodzonej niechęci do solenności, tak lubianej w innych stronach Polski”.
Ta lwowska niechęć do solenności i wszelkiego patosu przewija się w rozmaitych świadectwach epoki. Znane jest choćby krążące wśród międzywojennych lwowian powiedzenie, że Mussolini nigdy nie zdobyłby tu popularności, bo byle batiar z tłumu zgasiłby go zręczną repliką.
Spróbujmy więc przebić się przez woal sentymentu. Na miejsce wesołego, poczciwego i wygładzonego przez nostalgię batiara zaproponujmy batiara jako kontrkulturę. Jaki w tym sens? Nostalgia sama w sobie nie stanowi treści. Nostalgia istnieje „wobec” treści. Ta zaś, jej powierzona, ulega częstokroć przykrym deformacjom. Warto zatem, aby jej obraz nie zwietrzał i nie był wyłącznie kwiatkiem do kożucha (nie przystoi to miastu stołecznemu Galicji…), spróbować odczuć tych ludzi tak, jakby stali tuż obok. Nie jako infantylna, poczciwa chuliganka, a jako ludzie wolni, niezbyt uładzeni, którzy niespecjalnie są nam cokolwiek winni.
Obok polskiej stoi tu, rzecz jasna, ukraińska historia jazzu. Pomiędzy tymi dwoma – jazzowa śpiewaczka, Renata Bogdańska vel Iryna Jarosewycz. Pokłońmy się w tym miejscu Leonidowi Jabłońskiemu i jego zespołowi Jabcio jazz, w którym Bogdańska stawiała pierwsze kroki. Pokłońmy i przeprośmy, że nie otrzyma w tym tekście tego miejsca, którego domaga się jego kunszt muzyczny. Ukraińska historia, choć o tym samym mieście, jest jednak o czym innym. Chociaż w rejestrach emocjonalnych, o dziwo, bardzo do polskiej podobna. I Ukraina ma swój patetyczno-banalny Lwów. Z nim jednak niech rozmawiają Ukraińcy. Przyznam zresztą bez bicia, że mi, osobie żyjącej z ostatnimi po sąsiedzku, na oba obrazki, zwłaszcza łączone z wzajemną wrogością, cierpnie skóra. Jestem tu bowiem, widzę i świadczę przed Czytelnikiem, że miasto żyje. O wiele głębiej, niż jego płaskie, banalne reprodukcje.
Mateusz Parkasiewicz/ Nowy Kurier Galicyjski


![[NASZ PATRONAT] 13 lipca premiera książki o tramwajach lwowskich w latach 1880-1944 [NASZ PATRONAT] 13 lipca premiera książki o tramwajach lwowskich w latach 1880-1944](https://kresy24.pl/wp-content/uploads/2018/08/TramwajeLwowskie2-232x145.jpg)