
Collage / Po lewej – były prezydent Aleksander Vucić, po prawej – “człowiek Rosji” Aleksander Vulin / fot: istokinfopult.rs / srbija.gov.rs / vreme.com
Miażdżąca porażka obozu Aleksandara Vucicia w wyborach parlamentarnych w Serbii zachwiała potężną rosyjską agenturą w tym kraju, skąd działa ona na całą Europę – ocenia analityk Bellingcat, Christo Groziew.
Jednym ze skutków masowych protestów studenckich w Serbii, które doprowadziły do obalenia rządzącego nią prorosyjskiego obozu, jest zachwianie całego wielkiego zaplecza, które stworzyły tam sobie rosyjskie służby specjalne.
Mogły to zrobić dzięki poparciu Aleksandara Vucicia, rządzącego nieprzerwanie krajem od 2014 roku – najpierw jako premier, a od 2017 roku jako prezydent, aż do ustąpienia pod presją tych protestów 27 września 2026 roku.
Przez lata nie tylko przymykał on oko na działania Rosjan, ale wydawał im nawet serbskie paszporty, a rosyjska agentura zawsze mogła liczyć na nieformalną pomoc ze strony serbskich służb.
Dzięki temu Serbia stała się faktycznie główną bazą wypadową dla setek oficerów i agentów rosyjskich służb w Europie. Teraz może im się zacząć palić grunt pod nogami i Kreml będzie musiał poważnie się zastanowić, gdzie ich przenieść.
Przez ostatnie 10 lat głównym oprócz Vucicia protektorem Rosjan w Serbii był też Aleksander Vulin – do ubiegłego roku wicepremier, a wcześniej minister obrony, szef MSW i służb specjalnych. To człowiek bardzo ściśle powiązany z rosyjskimi służbami i faktycznie rezydent rosyjskiego wywiadu w Belgradzie – ocenia Groziew.
“Często podróżował w towarzystwie oficerów operacyjnych FSB, a Putin odznaczył go nawet Orderem Przyjaźni w moskiewskiej siedzibie rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego. Ciekawe, co się teraz z nim stanie” – zastanawia się analityk Bellingcat.


