Tego się chyba Łukaszenka nie spodziewał. Jego tajemnicze obietnice w połączeniu z połajankami nie tylko nie odprężyły białoruskich przedsiębiorców, ale wręcz utwierdziły ich w przekonaniu, że żadnych zmian nie będzie.
Na reakcję białoruskiego biznesu nie trzeba było długo czekać. Ogólnie można powiedzieć, że jest ona mieszaniną lekceważenia i ledwie maskowanej furii.
I tak na przykład Nikołaj Czernous, przedsiębiorca z Baranowicz, zapytany, czy łukaszenkowe obietnice mają jakąś wartość, warknął: “co za nonsens! Mówi to człowiek, który obrażał biznesmenów w najgorszy możliwy sposób. Nie będzie żadnych <<ulepszeń>> w tej materii. Łukaszenka miał 20 lat na <<ulepszenia>> i gdzie one są?”
Indagowany z kolei o prezydenckie groźby pod adresem potencjalnych aferzystów, ten sam Czernous odpowiedział: “On się boi protestów. To go zajmuje przede wszystkim. A jest się czego obawiać, ponieważ jesienią przedsiębiorcy wyjdą na ulice. Będzie więcej ludzi niż na wiosnę”.
“Ludzie są na ostatnich nogach” – dodaje.
Niewykluczone zatem, że kiedy w życie wejdą nowe przepisy gospodarcze i być może również słynny-niesławny dekret nr 3 wymierzony przeciw “pasożytnictwu”, ulice Mińska zapełnią się nie tylko niepłatnymi pracownikami, ale i nieposiadającymi środków na wypłaty pracodawcami.
Nie stanie się tak, jeśli Łukaszence, niczym przez wieki królom Francji, uda się wcześniej rozegrać jedną grupę przeciw drugiej.
Telesfor
