Przeciąganie Paksasa

24 marca 2017

Fot. delfi.lt

wywiera presję na władze w Wilnie, by te skróciły karę politycznego niebytu dla usuniętego w 2004 z urzędu prezydenta Rolandasa Paksasa. Czy centrolewicowa koalicja rządząca ugnie się pod tym naciskami? A może zwycięży kontrpropozycja prawicy?

Rolandasem Paksasem – bo o niego chodzi – gębę wycierają sobie na Litwie dosłownie wszyscy. W jakimś sensie stał się punktem odniesienia w rodzimej polityce – dla sił, nazwijmy je umownie, ancien-regime’owymi jest nadzieją; dla niepodległościowców – zmorą, przypominająca czasy najgorszego zaprzaństwa.






W księdze rekordów Guinnessa pozostanie długo, a być może na zawsze. Jest pierwszym i jak na razie (od 13 lat) jednym przywódcą europejskiego państwa, który został odsunięty od władzy wskutek zastosowania procedury impeachmentu – te, samej, którą próbowano przeprowadzić na Billu Clintonie w USA. Rzecz wydarzyła się w roku 2004.

Powody wyglądały poważnie: i jego bliscy współpracownicy mieli być związani z rosyjską mafią. Wydarzeniem szczególnie bulwersującym opinię publiczną stało się nadanie w trybie nadzwyczajnym obywatelstwa rosyjskiemu „przedsiębiorcy” – cudzysłów jest tu konieczny – Jurijowi Borysowowi. Na takie rzeczy nie pozwalał sobie nawet Olek w najgorszych czasach postkomunizmu, tzn. w latach 1997-2001.






Prezydentowi podziękowano również w tym sensie, iż Trybunał Konstytucyjny zabronił jego Partii Liberalno-Demokratycznej startować w wyborach parlamentarnych. Bohater skandalu nie zamierzał jednak składać broni. Najpierw „oskarżał podwładnych, zawistnych kolegów, nieprzyjazne wiatry…”, mówiąc, że padł ofiarą spisku elit. Potem, gdy nic to nie dało, postanowił zaistnieć w polityce europejskiej.

Z powodzeniem. Po zmianie nazwy ugrupowania na „Porządek i Sprawiedliwość”, został wybrany eurodeputowanym w 2009 roku, a 5 lat później udało mu się uzyskać reelekcję. Co prawda w litewskich wyborach w 2016 litewskich partia nie przekroczyła progu wyborczego, ale jeszcze przez trzy lata ma zapewnione funkcjonowanie w oparciu o Brukselę i .

Teoretycznie Litwini mogliby machnąć na niego ręką, dochodząc do wniosku, że jest daleko i krzywdy wielkiej krajowi nie wyrządza. Czy aby na pewno? Obok argumentu o używaniu przez ludzi mu podobnych do ingerencji w politykę europejską należy przywołać i ten, że Unia wykorzystuje postać ex-prezydenta jako oręż w walce o zmniejszenie restrykcji dla polityków, którzy „złamali przysięgę na konstytucję”, a więc sprawie cokolwiek podejrzanej.

Swoją droga co za czasy, co za nowomowa? Kiedyś mówiono o zdradzie stanu, teraz używa się słownego kamuflażu w postaci „złamania przysięgi na konstytucję”. Ale niechby!

Zgodnie z orzeczeniem litewskiego Trybunału Konstytucyjnego ktoś taki, jak Paksas, nie ma prawa ubiegać się o urząd, w którym ponownie musiałby złożyć przysięgę na ustawę zasadniczą. Problem w tym, że nie ma w tej sprawie odpowiedniego ustawodawstwa.

Tę lukę może wykorzystać jedna z dwu strony – jeśli można tak powiedzieć – politycznego sporu. Unia, której bardziej niż Litwy reprezentantem jest Paksas, chce wymusić na sejmowej Komisji Ustawodawczej takie rozwiązanie, by mógł on wrócić do czynnej polityki w kraju. Podstawa prawna już jest, ponieważ wydał w 2011 roku stosowną opinię, w której można przeczytać, m.in. iż „mimo naruszenia przez Paksasa konstytucji, dożywotnie wyeliminowanie go z życia politycznego jest karą zbyt surową”.

Ze swojej strony konserwatyści postulują, aby sprawę uporządkować, ale nie w duchu przebaczenia bez kary, tylko ażeby zakaz ubiegania się o funkcje publiczne dla osób, które „rażąco złamały ustawę zasadniczą” opiewał – na przykład – na lat 10.

Kresy24.pl

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *