
Screen – media społecznościowe
W 5-tysięcznym rosyjskim miasteczku Tura w Kraju Krasjonarskim, w samym sercu na Syberii zaczął się głód. Dostawy żywności przestały docierać. Zapasy wyczerpują się – donosi Dialog.
Lokalne rosyjskie media alarmują, że mieszkańcom położonej w środku tajgi Tury grozi śmierć z głodu. Jedyny sposób dotarcia do tej “stolicy” ogromnego, lecz prawie bezludnego Rejonu Ewenkijskiego to żegluga rzeką Dolna Tunguzka. Najbliższe miasto jest oddalone o kilkaset kilometrów.
Tą właśnie rzeką dowożono zawsze do Tury żywność. Jednak zaniedbany z powodu braku pieniędzy szlak żeglugowy zamulił się i statki nie są już w stanie tam dopłynąć. Żadnej innej trasy przez tajgę nie ma. Są tylko tak zwane “zimowe drogi”, czyli zamarznięte bagna i błoto, ale da się nimi dotrzeć dopiero od grudnia, gdy ściśnie bardzo silny mróz.
Pierwsze problemy z żywnością w Turze pojawiły się już w końcu lipca, gdy statki zaczęły coraz rzadziej kursować, a obecnie przestały całkowicie. W tej sytuacji zaopatrzenie można dostarczać tylko drogą powietrzną. Problem w tym, że nieustannie panuje tam zła pogoda, uniemożliwiająca loty.
Sklepy w Turze opustoszały niemal całkowicie. Mieszkańcy każdego ranka ustawiają się w długie kolejki, by wykupić resztki, które są jeszcze na składzie, mimo, że sklepy są otwierane tylko na dwie godziny – wieczorem. Przez cały dzień pilnuje ich policja. Wprowadzono ścisłe racjonowanie żywności: 1 kapusta, 10 jaj i litr mleka na osobę. Jeśli ktoś ma dzieci – musi czekać z nimi cały dzień.
W dodatku, żeby cokolwiek “dostać” trzeba zapłacić niemal paskarską cenę – ceny podskoczyły średnio o 350%. Na przykład za kilogram marchwi trzeba zapłacić 1200 rubli, czyli w przeliczeniu 60 złotych, niewiele mniej za ziemniaki, za litr mleka – równowartość 35 złotych.
Warto dodać, że Tura leży w strefie subarktycznej – latem temperatury dochodzą tam do +40°C, zimą spadają do -60°C. Czy ludzie dożyją w ten sposób do grudnia, kiedy być może da się coś przewieźć przez zamarzniętą tajgę? Nie wiadomo.

