
Donald Trump i Aleksander Łukaszenka. Fot: The White House / president.gov.by
„To nie sprawa Trumpa, kto będzie prezydentem Ukrainy” – oświadczył Alaksander Łukaszenka 16 października, komentując wypowiedź amerykańskiego przywódcy o konieczności zmiany prezydenta w Kijowie. Białoruski dyktator stanął w obronie prawa Ukraińców do decydowania o własnych władzach.
Jest tylko jeden problem: sam najwyraźniej nie pamięta, co obiecywał swoim obywatelom.
Podczas rozmowy z dziennikarzami w rejonie wierchniedźwińskim Łukaszenka przekonywał, że o tym, kto będzie stał na czele Ukrainy, powinien decydować wyłącznie naród ukraiński.
„To nie sprawa Trumpa. Kto będzie prezydentem Ukrainy, zdecyduje naród ukraiński”– powiedział, cytowany przez swoją służbę prasową.
Nie oznacza to jednak, że białoruski przywódca całkowicie zakwestionował argumentację prezydenta USA. Przeciwnie, przypomniał, że Wołodymyr Zełenski miał kiedyś deklarować, iż będzie sprawował urząd tylko przez jedną kadencję.
„Trzeba dotrzymywać obietnic. Trzeba iść na wybory. W tym Trump ma rację: obiecałeś – musisz dotrzymać obietnicy. Ale nie wolno dyktować. Trump nie powinien dyktować Ukrainie, jak ma postąpić” – stwierdził Łukaszenka.
Wypowiedź białoruskiego przywódcy brzmi szczególnie wymownie w kontekście jego własnych deklaracji. W listopadzie 2020 roku, gdy trwały prace nad zmianami w konstytucji Białorusi, zapewniał, że nie przygotowuje nowej ustawy zasadniczej po to, by utrzymać władzę.
„Nie robię konstytucji pod siebie. Z nową konstytucją nie będę już z wami pracował jako prezydent. Dlatego uspokójcie się i spokojnie to przyjmijcie” – deklarował wówczas.
Rzeczywistość okazała się inna. Łukaszenka nadal rządzi Białorusią. I tak już 32 lata.



