„I cóż jeszcze być może?” Wspomnienia i listy z zesłania p. Kazimiery Mielewczyk (ur. 1925 w Pińsku), [Część VII, lato 1941]

6 grudnia 2017

Dziś już zagarnęli całą Białoruś, wielkie połacie Ukrainy, Litwę, Łotwę i Estonię oraz pół Besarabii. I cóż jeszcze być może?

Zobacz także: Pierwsza , druga, trzecia , czwartapiąta i szósta część wspomnień i listów p. Kazimiery Mielewczyk.

______________________________________________________________________________________________

Akan, 25.VI.1941

Kochana Jolu!

Wymyłyśmy z Danką podłogi, ubrałyśmy się – i już nastał „prazdnik”. Usiadłam z Puszkinem na ganku wzięłam do ręki papier i ołówek i piszę. Dziś mija dwa tygodnie od dnia, gdy byłyśmy wszystkie razem, Ty, Halina i Hanka, nad naszym pięknym jeziorem. Jak błogo było z Wami, jak cudownie! Wszystko tu było wtedy piękniejsze. Od czasu, jak mi nakazałyście, żebym była wesoła – już się nie smucę. Dzień wypełniam sobie pracą, a wieczorami chodzimy sobie na „wieczorynki” do „klubu”. Zaczyna się od wiadomości z frontu, a później tańce. Fokstrota tańczę zawsze z Marusią Skurichiną oraz walca, jakoś nam to dobrze wychodzi. Nauczyłam się tańczyć tutejszego krakowiaka i cyganeczkę. Trochę mnie drażni to towarzystwo, nie umiem się dostosować. Wolę obserwować tańczących, bo w tym znajduję coś autentycznego, oryginalnego, coś jedynego w swoim rodzaju – jako ciekawostkę. Ale duchowo jest mi to wszystko strasznie obce. Gdy tańczę z Marusią fokstrota i zamykam oczy, wydaje mi się, że tańczę w pięknej balowej sali, ze wspaniałym partnerem, i wtedy znajduję w tym przyjemność. Ale wystarczy otworzyć oczy – i czar pryska! Myślę, że nie znajdę upodobania do takiego spędzania wolnego czasu. Nie lubię stwarzać sobie przymusu.

Władze akańskie starają się nam dać jakieś zatrudnienie, ale nic nie wspominają o formie zapłaty. Mamusi jeszcze nie wypłacili za pracę w szpitalu. Wciąż marzę, żeby się stąd przenieść tam, gdzie jest więcej naszej młodzieży. Ale z Imontawa nic nie wyszło. Podobno chcą nam stworzyć okazję przeniesienia się do Konstantynówki. To byłoby cudowne, bo byłybyśmy blisko siebie. Cóż dla nas 7 km! To malutki spacerek – i już Matwiejewka! Ale wszystko tu ogranicza się do przypuszczeń i domysłów, a nie ma z kim mówić o konkretach. Wtedy nikt nic nie wie i nic nie obiecują.

Niedawno Danka spotkała się z Gerardem Nowackim, który przejeżdżał przez Akan, ale ani na chwilę się nie zatrzymał, tyle tylko, że zamienili parę słów. Piszesz, że Michalakowie przenieśli się do Matwiejewki. To chyba dobrze, zawsze łatwiej w grupie ze swoimi. Wiesz, że nie mogę się zdobyć na list do Franka. Jestem mu winna odpowiedź, ale to za trudne dla mnie. Dlaczego w stosunku do chłopców nie mogę przełamać bariery, która mnie od nich dzieli? Może dlatego, że nie miałam brata? Nawet w stosunku do ojca, którego kocham, nie umiem być sobą. Jestem jakaś skrępowana.

Przed chwilą otrzymałam list od p. Szymańskiej. Zaprasza mnie na gościnę do Aryku. Najchętniej już ruszyłabym w drogę, ale opanowałam swoje chęci, trzeba się do tego przygotować bez zbędnego pośpiechu. Moja Mamusia jest bardzo biedna, bo wypadły jej przednie zęby. Wygląda bardzo śmiesznie i na razie wszystkie śmiejemy się ze szczerbatej Mamusi. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że w tym nie ma nic śmiesznego. Tu się nie da wypełnić tych szczerb, trzeba by chyba z tym jechać do Moskwy. Ale za co i do kogo, a kto nas stąd wypuści?

Wiesz, Jolu, strasznie mi głupio z powodu mego zachowania wówczas nad rzeką, gdy zaczepiła nas łobuzeria. Chciałam ich zaskoczyć i odstraszyć, ale efekt był żałosny. Cóż pomyślałyście sobie o mnie? Ja nawet zdaję sobie sprawę, że nie zawsze zachowuję się należycie, ale ale moje reakcje są tak szybkie, że nie zdążę pomyśleć, jak już zrobię jakieś głupstwo. Myślę, że Ty, w odróżnieniu ode mnie, jesteś zawsze opanowana, taktowna i masz zawsze właściwe reakcje. Myślę, że Arnold miał rację, gdy mawiał: „Kobiecie wystarczy, by dobrą była, bo to wielka zaleta. A mężczyzna – odważnym”. Nie chciałabym sprawiać wrażenia, że jestem zła dlatego, że z natury jestem impulsywna. To chyba nie musi być równoznaczne? Ale wiem na pewno, że o wiele trudniej jest żyć takim ludziom jak ja. Chciałabym sobie tego zaoszczędzić, ale czy możliwe jest zmienić naturę? Podobno całe życie trzeba nad sobą pracować, jeżeli chce się być dobrze wychowanym. Przede mną mozolna praca!

Wiesz, Jolu, kiedyś byłam zdecydowanym wrogiem szminek i upiększeń, ale teraz dochodzę do wniosku, że nawet najpiękniejsza kobieta ma jakąś wadę zewnętrzną, którą drobnym zabiegiem można zamaskować. Już postanowiłam, że będę w przyszłości ondulować włosy, bo mam sztywne i proste jak Chinka. Co Ty na to? Doszłam do wniosku, że jeżeli swoją powierzchownością nie zwrócę na siebie uwagi, to w jaki sposób uda mi się ukazać zalety mojej duszy? Tu mówią: „nie rodzis’ krasiwa, a rodzis’ scziastliwa” – i to jest chyba sedno sprawy.

(…) Miałam niedawno list od Stefci Gwizdalanki. Dziś już Niemcy zagarnęli całą Białoruś, wielkie połacie Ukrainy, Litwę, Łotwę i Estonię oraz pół Besarabii. I cóż jeszcze być może? Muszę Ci zakomunikować, że języki będą srogo karane, trzeba całkowicie zamknąć je na kłódkę. Są też wśród nas osoby z długimi uszami. To smutne, ale prawdziwe. U nas też jest taka jedna, a co gorsza – piękna, młoda i bardzo sympatyczna, budząca sympatię i zaufanie… takich właśnie im potrzeba.

Jolu, może znasz aktualny adres Pani Marii Furmankowej, to bądź tak dobra i podaj mi w następnym liście. Na Twoją prośbę, aby spalić Twoje listy – stanowczo protestuję. Politycznie nie są niebezpieczne, więc nikogo nie narażają. Oczywiście, że nikomu nie dam do czytania, są dobrze schowane i… są wyłącznie moją własnością. Zgadzam się, żebyś moje niszczyła, gdyż dla mnie nie przedstawiają żadnej wartości.

(…) Jak u Was z żywnością? U nas niewiesoło. Nie mamy żadnych tłuszczów. Kubek masła dostałyśmy od Pani Starzykowej. Ta kochana pani wciąż nas podtrzymuje. To, że je się chleb z wodą, nie martwi mnie, żeby tylko było warto żyć dla przyszłości. Jestem wyczerpana nie tylko moralnie, ale i fizycznie. Każda najmniejsza nawet praca fizyczna wymaga ode mnie wielkiego wysiłku. Któregoś dnia kopałyśmy ogród gospodyni, sadziłyśmy kapustę, podlewałyśmy, po czem tak byłam zmęczona, że od tego chorowałam. Potem robiłyśmy kiziaki. Robota najobrzydliwsza jaka być może i ciężka. Po tej robocie to już chorowałam naprawdę zupełnie serio. Codziennie bolą mnie plecy od tego czasu i to bardzo mnie niepokoi. Przypuszczam, że to mogą być dolegliwości płucne. Ja jestem dość szczupła, nadal nie poprawiam się, bo i z czego? Czasami myślę, że to co to przeżywamy, to nie prawda, że to tylko koszmarny sen. Ale ten sen nie mija. Długi to sen i czy się skończy? (…)

_______________________________________________________________________________________________

Akan-Burłuk, 15.IX.1941

Kochanie! Wybacz, że długo nie odpisywałam, ale czas schodzi tym szybciej, im więcej pracy jest do wykonania. Tak się złożyło, że przez cały ten czas byłam zapracowana, a w chwili wytchnienia nie miała pod ręką papieru i ołówka. Dziś czuję się okropnie. Po trzech dniach spędzonych w brygadzie pracy nawet siedzieć nie mogę, bo wczorajszy dzień spędziłam siedząc na oklep na koniu, który ciągnął za sobą kosiarkę z kosiarzem, a ja byłam w charakterze poganiacza. Ja poganiałam konia, a na mnie ciskał najobrzydliwsze przekleństwa śliczny Jasio (Ukrainiec), kosiarz, gdyż podobno za delikatnie wykonywałam moje obowiązki poganiacza.

(…) Dwa tygodnie temu – trochę dla urozmaicenia, a trochę w nadziei na zasłyszenia jakichś aktualnych wiadomości, a może korzystnej wymiany – poszłyśmy z samego rana do Prywolnego. Sama już wędrowałam, zdawało mi się, że w towarzystwie siostry będzie raźniej. Tymczasem, mimo że nikogo żywego po drodze nie spotkałyśmy, cały czas byłyśmy przeświadczone, że „coś” idzie lub jedzie w naszym kierunku z przeciwka. To coś czasami wydawało się jak pędzący koń z jeźdżcem, czasami jak wilk, to znów jak człowiek lub dwoje ludzi… To „coś” niby pędzi, ale się nie zbliża i nie zmienia swoich rozmiarów, natomiast przybiera różne kształty. Już mnie tutejsi uprzedzali, że w stepie ma się różne przywidzenia, tym większe, im krajobraz mniej urozmaicony. Droga z Akanu do Prywolnego była oceanem traw i tylko z lekka pięła się pod górkę. Dopiero schodząć ze szczytu wzniesienia – mogło to być na ósmym kilometrze – zarysował się krzew piołunu. I tylko tyle. Był co prawda dość wybujały, ale tylko to marne zielsko budziło w nas tyle emocji w czasie drogi, czasami nawet strachu! To było naprawdę wielkie doświadczenie. Kiedy to już przestało być zagadką, odprężyłyśmy się głośnym śmiechem. Idzie się w nieznane, ale już u celu, czyli w samej wsi – nie ma już problemu. Szybko tutejsi wskazują pierwszą lepszą siedzibę Polaków, a za chwilę już cała Polonia w komplecie. Zawsze się jest gościnnie przyjmowanym posiłkami i się dzielą – czym chata bogata. Poznałam wszystkie dziewczynki, wszystkie są bardzo miłe. Zosia Płazakówna – czarująca! Taka prawdziwa złota polska Zosia! Blondynka z długimi warkoczami, dużymi niebieskimi oczami – ukazująca w uśmiechu rząd prześlicznych białych ząbków i dwa dołeczki na policzkach. Danusia Szarejko – nieustępująca Zosi urodą i wdziękiem. Tadzik, brat Zosi, b. Sympatyczny i wesoły – nastrój w sumie przemiły i tak upłynęła sobota. A w niedzielę całą grandą (9 osób) wybieramy się do Tachnobrodu.

(…) Nikt z Polaków nie ma tu własnego kąta ani jedzenia na tyle, żeby przyjmować gości. To była odważna i pełna ryzyka eskapada, która dobrze i miło się skończyła, ale czy odważymy się jeszcze raz ją podjąć? Czas pokaże.

W Akanie za to było mi smutno i źle. Mamusia i Danka zaczeły chodzić do brygady, ja zostawałam w domu. Po paru dniach wydali naszym paniom „udostowierenia” z wyjątkiem 6 osób, a w ich liczbie moja Mamusia i ja. Nam kazali iść po nie do Aryku. Poszłyśmy wraz z p. Starzykową. (…). „Bumażek” tych nie dostałyśmy jednak, powiedziano nam, że dla nas jeszcze nie przyszły z obłasti. Nie rozumiemy dlaczego właśnie dla nas nie nadeszły? Ale co pomoże zgadywanie? Zobaczymy, co dalej. (…)

Panie Ostrowska i Sztukowska przejeżdżały dwa tygodnie temu przez Akan w drodze do Atbasaru (więzienia). Jechały dobrej myśli, z nadzieją szybkiego powrotu. Wyglądały tak, jak by uważały tę przejażdżkę za swoistą przygodę… Ale co działo się w ich sercach? To jest cena za odmowę przyjęcia obywatelstwa sowieckiego. A my pewnie dlatego nie mamy dotąd dowodów osobistych, bo nie wiedzą, co robić z tymi, co się nie urodzili na zajętych przez nich terenach – jak moja Mama i ja, w Wykowie w powiecie płockim. A co z naszą Danką, która urodziła się w Pińsku? Całe szczęście, że nie jest jeszcze pełnoletnia. Co oni kombinują?

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *