„Kto śmie powiedzieć, że tu jest źle?” Wspomnienia i listy z zesłania p. Kazimiery Mielewczyk (ur. 1925 w Pińsku), [Część VI, styczeń-marzec 1941]

4 grudnia 2017

Myślę, że oni zdają sobie sprawę z tego, że to jest jakaś gra i niedługo trzeba będzie czekać na wyjaśnienie tej zagadki.

 

Zobacz także: Pierwsza , druga, trzecia , czwarta i piąta część wspomnień i listów p. Kazimiery Mielewczyk.

______________________________________________________________________________

19.I.1941 r.

Kochanie! Taka jestem szczęśliwa, że tak dużo i ciekawie do mnie napisałaś oraz z zapowiedzi wierszy, które nazbierałaś. Mam dla Ciebie radosną wiadomość, że wkrótce dostaniesz list od swojej siostry z Sanoka. Dowiedziałam się o tym na naszej poczcie, gdyż zapytał mnie naczelnik do kogo może być ten list o niekompletnym adresie (brak było nazwy wsi). Na szczęście trafił do mnie – a Twoje imię i nazwisko nie jest mi obce, więc podałam nazwę wsi – Matwiejewka. I przy mnie adres uzupełnił, a dziś list już pewnie doszedł do Ciebie. Przypomniało mi się, że p. Szymańska już dawno prosiła, żebym przekazała za Twoim pośrednictwem pozdrowienia dla p. Zofii Bandoszowej z domu Luge. One w Pińsku pracowały w tej samej aptece. Podaję Ci adres Marysi Biedrzyckiej, napisz do niej koniecznie. W ostatnim liście miałam od niej złą wiadomośc, że prawdopodobnie ojciec jej zmarł w więzieniu. Z niepokojem myślę, jak ona to zniesie, jeżeli ta wiadomość się potwierdzi? Na jakiej podstawie Ty też masz takie obawy o swoim ojcu? Jeżeli to są tylko przypuszczenia, to nie wolno Ci nawet tak myśleć! Lepiej być dobrej myśli i mieć nadzieję, żeby nie wywoływać wilka z lasu. Nic się nie dzieje bez woli Boga. Bez Jego woli nikomu włos z głowy nie spadnie – tak my to rozumiemy, prawda?

Dostałam sporo listów z Pińska od koleżanek. Bardzo to miłe z ich strony, że pamiętają. Ale ja nie wiem, co im odpisać. Od razu chce mi się płakać, wzmaga się moja tęsknota, czuję się bardzo nieszczęśliwa. Ich listy są wesołe, one tam mają humor, a ja nie czuję się na siłach im w tym dorównać.

A teraz trochę wiadomości: podobno Roosevelt orzekł, że Niemcy muszą być pokonane, że Ameryka będzie pomagała Anglii i Grecji, wysyłając im pod dostatkiem sprzętu wojennego, a jak trzeba będzie, to i w ludziach, bo to leży w ich interesie. Dyrektor tutejszej szkoły na ogólnym zebraniu tutejszych kołchoźników powiedział, że „Związek Radziecki musi być w każdej chwili gotów do obrony, gdyż jesteśmy bielmem w oczach państw kapitalistycznych. Oni chcą zniszczyć ”.

Joluśko, pytasz czy myślę czasami o przyszłości? Oczywiście, i bardzo często, tylko ja to nazywam marzeniem. Ale spróbujmy razem… Jak by było cudownie mieszkać, powiedzmy, w Warszawie, i tam się uczyć. No i, żeby znalazły się nasze najmilsze koleżanki i profesorowie. Czy to tak dużo? A to przecież zupełnie realne! Tylko i jeszcze trochę cierpliwości i zimnej krwi trochę! Kończę na razie. Wierszy nowych nie mam. Wciąż mi się śni „buda” i „sztuba”… Lubię te swoje sny, a Ty? Kończę i z niecierpliwością oczekuję Twego listu i wierszy! (…)

______________________________________________________________________________

16.III.1941 r.

(…) U nas wielka radość, bo otrzymałyśmy już trzecią kartkę od ojca. Niestety, ani jednego listu, więc wiadomości bardzo skąpe. Ale najważniejsze, że żyje! Rozumiem Twoją radość, bo otrzymałam z Polski aż dwa listy jednocześnie. Ach, czuję się mocno zawstydzona, ale jakże uradowana – właśnie w tej chwili otrzymałam kartkę napisaną wspólnie przez Ciebie i Hankę. W całym poczuciu winy proszę o przebaczenie za zwłokę i obiecuję poprawę. Myślę, że już wybaczyłyście mnie? A teraz uważam za stosowne napisać o przyczynie mego milczenia: Otóż do 6.III. Nie odpisałam, bo naprawdę nie miałam kiedy. 6-go zaś w nocy pojechałam z naszym gospodarzem, który jest „jamszczykiem” (wozi pocztę) do Babyku Niżnego. Nazajutrz udałam się sama piechotą do Marysi Biedrzyckiej, do Wierchniego Burłuku, 12 km przez lasy i step. Zupełnie się nie bałam, pogoda była bezwietrzna, słoneczna, mróz w miarę łagodny. Spotkałam w połowie drogi grupkę młodzieży, minęliśmy się z uśmiechem z pozdrowieniem „zdrawstwujcie”. Wilka na szczęście nie spotkałam, bo to nie należałoby do przyjemności, a to przecież nie jest wykluczone! W sumie, Bogu dziękuję, że tak łagodnie potraktował moją lekkomyślność, ale też myślami przez całą drogę byłam blisko Niego, Jemu powierzyłam swoje bezpieczeństwo. I dzięki Niemu droga ta była mi jak modlitwa, a jednocześnie sprawdzianem mojej odwagi i wytrzymałości. Byłam przez Marysię entuzjastycznie powitana, jej miła mama z pewnym zdziwieniem, ale serdecznie. A potem to już nie kończąca się rozmowa, nawet noce spędzałyśmy bezsennie na rozmowach. Przecież tak wiele miałyśmy sobie do powiedzenia! A najmilsze to były oczywiście wspomnienia, no i marzenia… Ale przyszedł czas rozstania i trzeba było wracać do domu. Wciąż jeszcze wydaje mi się, że Marysia jest obok, ze mną… ale już tylko myślami możemy się porozumiewać, albo listownie,a to nie to samo, co bezpośrednio. Trochę ochłonęłam już z wrażeń.

(…) Tu, w Akanie, czuję się jak w więzieniu. Mama moja nie ma nic przeciwko temu, żebyśmy się przeniosły do innej wsi, gdzie nam będzie lepiej. Będę wiosną próbowała to przeprowadzić, bo inacej oszaleję albo zrobię jakieś głupstwo i np. pójdę piechotą do Polski, jak to chce Irka Gilówna. Może pójdziemy z nią razem…? (…)

A teraz trochę o polityce. Nie ma konkretnych wiadomości. Ale krążą dziwne sugestie, i odpowiada to moim pragnieniom, że Hitler wkrótce złamie kark! A sytuacja „naszych” też nie jest godna pozazdroszczenia. Pragnę tylko, żeby to się stało jak najrychlej. Bawi mnie i dziwi fakt, że raptem „zawalają” towarami naszą „kooperatywę” (sklep), i to w rozległym asortymencie. Nawet nam sprzedali 3 metry manufaktury i 1 parę pończoch. Wódki jest mnóstwo i już od kilku dni przewalają się po ulicach pijani kołchoźnicy. Od wczoraj wydają cukier – 600 gram na „pajok” i nawet my osłodzimy sobie trochę życie… No i kto śmie powiedzieć, że tu jest źle? Że wszystkiego brak? Podobno w miastach – począwszy od tego najważniejszego, zawalis’, wsio jest’, tol’ko – jazwa – wsio dorogoje, daże złotyje łożki jest, no i nie kupić, oczeń dorogije… Tak mówią tut ludzie. Czyżby biedacy myśleli, że już wkraczają w erę dobrobytu? A dla kogo to „wsio jest”, jeżeli nikogo nie stać na kupno tego, co jest? Myślę, że oni zdają sobie sprawę z tego, że to jest jakaś gra, niedługo trzeba będzie czekać na wyjaśnienie tej zagadki. I obawiam się, że to wcale nie będzie śmieszne.

Wczoraj miałam list od Reni. Pisze, że w Pińsku już wiosna, słońce mocno grzeje, śniegu już prawie nie ma, na ulicach ziemia już sucha, ptaki rozpoczęły swoje trele… że wszystko dyszy wiosną. Cztając te słowa, przeniosłam się tam nie tylko myślami, ale wręcz fizycznie byłam tam! Wprawdzi i tu przedwiośnie, ale to nie to samo! Ale ta czy tu – wiosna to zawsze wiosna! Natura budzi się do życia i budzą się także nadzieje.

Dziś jest niedziela. Wiesz, jak spędzę dzień dzisiejszy? Będę pisała listy, a potem będę czytać wieresze i pamiętnik, przeglądać zdjęcia… A wieczorem będę głośno śpiewała albo cicho płakała. Właściwie to jest mój rozkład dnia na każdą niedzielę. (…)

CDN

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *