
Konstanty Skirmunt w swoim biurze. 1925. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Ta historia mogłaby być anegdotą, gdyby nie była czystą prawdą. Wyobraźcie sobie: lata 30., przyjęcie dyplomatyczne na wysokim szczeblu, fraki, towarzyskie pogawędki. I nagle szanowany polityk, ówczesny prezes Światowej Organizacji Syjonistycznej i przyszły przywódca państwa Izrael, Chaim Weizmann, przyznaje się polskiemu ambasadorowi, byłemu ministrowi spraw zagranicznych Konstantemu Skirmuntowi, do… trwającego wiele lat procederu kradzieży na Pińszczyźnie! Ale za tym wyznaniem kryje się coś więcej niż tylko nostalgia za smakiem antonówki.
Mikalai Zaiats opisuje na portalu hrodna.life o tym, co tak naprawdę łączyło polityków, oprócz kradzieży jabłek w Porzeczu.
To historia splotu losów dwóch słynnych mieszkańców Polesia (dziś białoruskiego) – Chaima Weizmanna i Konstantego Skirmunta – wypłynęła dzięki starej notatce w „Dzienniku Dla Wszystkich” z 1950 roku. Kryje się za nią cała epoka życia tego regionu.
Dyplomacja z nutą Antonówki
Akcja rozgrywa się w Londynie, w latach międzywojennych XX wieku. Przy jednym stole siedzą dwie wybitne postacie. Pierwszą z nich jest Chaim Weizmann, światowej sławy osobistość publiczna, przywódca Światowej Organizacji Syjonistycznej, a w niedalekiej przyszłości pierwszy prezydent nowo utworzonego państwa Izrael. Drugą jest Konstanty Skirmunt, były minister spraw zagranicznych Polski i ambasador RP w Londynie.
Obaj są doświadczonymi politykami, obaj widzieli upadek imperiów i narodziny nowych państw. Połączyła ich jednak jeszcze jedna okoliczność. Los zetknął w politycznym centrum Imperium Brytyjskiego nie tylko polityków z Polski i Izraela, ale także dwóch sąsiadów z województwa brzeskiego: rodowitego mieszkańca wsi Mołodów i rodowitego mieszkańca wsi Motol. Dwoje ludzi, których korzenie splatały się na wspólnych ścieżkach Polesia na długo przed tym, zanim spotkali się na wysokich stanowiskach.

Mołodów, woj. poleskie Drugiej Rzeczpospolitej. Pałac Skirmuntów. Widok ogólny pałacu od frontu, 1937. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Podczas lunchu pochodzący z Motola Weitzman pochylił się do swojego sąsiada z Mołodowa Skirmunta i z uśmiechem wyznał:
— Czy wie pan, panie ambasadorze, że gdy byłem małym chłopcem, kradłem jabłka z pańskiego sadu w Porzeczu?
Skirmunt nie był w kropce. Okazało się, że dobrze pamiętał rodzinę Weizmannów – zwłaszcza dwóch wujów Chaima, z którymi prowadził wspólne interesy. Dziecinny żart stał się więc tematem serdecznej rozmowy dwóch rodaków w zimnym Londynie.
Aby zrozumieć ironię tej sytuacji, musimy cofnąć się do końca XIX wieku, do powiatu pińskiego.
Pierwszy prezydent Izraela, Chaim Weizmann, urodził się w Motolu.

Motol, 1937 rok. Źródło: Wikimedia Commons/Źródło JewishGen KehilaLinks. Autor nieznany
W swoich wspomnieniach „W poszukiwaniu drogi” opisuje swoje rodzinne strony bez romantycznego rozmachu: bezkresne bagna, odcięcie od świata wiosną i jesienią.
„Tutaj, w tym pół-mieście, pół-wiosku, urodziłem się w 1874 roku i mieszkałem do jedenastego roku życia; tutaj chłonąłem pierwsze wrażenia z mojego życia” – wspominał pierwszy prezydent Izraela.
Opisał okolicę krótko: „straszna bieda”. Próżnia informacyjna była niemal kompletna. Gazety były rzadkością w Motolu, a jeśli już tam docierały, to z opóźnieniem.
„Czasami z Warszawy przychodziła do nas hebrajska gazeta, ale nawet ona miała miesiąc. Dla nas oczywiście wszystkie wiadomości w niej zawarte były świeże” – wspominał Weizmann.
Mimo to rodzina przyszłego prezydenta wyróżniała się. Jego ojciec zajmował się trudnym, ale dochodowym biznesem – spławem drewna rzekami. Zajęcie to było jednak ryzykowne. Wycinka drzew na Polesiu w tamtych czasach przypominała Dziki Zachód. Weizman wspominał, jak rodzina zawsze martwiła się o ojca i starszego brata, gdy szli do pracy. Przyszły prezydent ciepło zauważył, że miejscowa ludność była dla jego ojca nie tylko siłą roboczą, ale niezawodnymi sojusznikami – a w krytycznych momentach zwykli wieśniacy stali się jego opoką:
„Zawsze martwiliśmy się o mojego ojca, kiedy szedł do lasu, nawet w późniejszych latach, kiedy mój starszy brat szedł z nim. W lasach były wilki, a czasami rabusie. Na szczęście relacje między moim ojcem a 50-60 sezonowymi pracownikami, których zatrudniał – mężczyznami z Motola i okolic – były doskonałe: proste i życzliwe, niemal patriarchalne. Mój ojciec był kilkakrotnie napadany przez rabusiów, ale robotnicy zawsze ich przepędzali.”
To właśnie przedsiębiorstwo leśne ojca i wujów Weizmanna stało się nicią, która po raz pierwszy połączyła ich z rodziną Skirmuntów, jeszcze przed powstaniem państwa Izrael.
Podczas gdy mały Chaim Weizmann biegał po kałużach Motola i czekał na gazetę sprzed miesiąca, zaledwie dziesięć wiorst dalej, wśród książek i przyjęć dorastał przyszły minister spraw zagranicznych Polski. Kilka kilometrów od Motola zaczynał się inny świat. Były to posiadłości Skirmuntów, jednej z najpotężniejszych i najbogatszych rodzin w regionie. Było to „lokalne imperium” z dwoma wyraźnie określonymi ośrodkami, z których każdy miał swój własny cel.
Pierwszym ośrodkiem był Mołodów. Był arystokratycznym „sercem” majątku, kulturalną stolicą rodziny. Stał tam luksusowy, klasycystyczny dwór i rotunda-kaplica. Gromadziła się tu elita, pomieszkiwała tam Eliza Orzeszkowa. To właśnie w tej atmosferze wysokiej kultury 30 sierpnia 1866 roku urodził się Konstanty Skirmunt.
W swoich wspomnieniach z dumą opisał rodowe gniazdo:
„Mój pradziadek osiedlił się w Mołodowie i zbudował tam murowany dwór, który później uznano za jedną z najpiękniejszych polskich posiadłości na terenie ówczesnej Litwy… Mołodów przeżywał wówczas okres rozkwitu i dobrobytu”.
Drugim ośrodkiem było sąsiednie Porzecze. Był on „motorem napędowym” majątków ziemskich. Podczas gdy w Mołodowie pisano poezję i przyjmowano gości, w Porzeczu zarabiano pieniądze. Działała tu fabryka sukna, gorzelnia i cukrownia. Jednak szczególnym skarbem Porzecza był park i ogromny ogród. Dla wiejskich chłopaków z okolicy, w tym dla młodego Chaima, ogród ten był niczym kawałek raju, a jabłka w nim – zakazanym owocem, który, jak wiadomo, zawsze jest słodki.

Porzecze, woj. poleskie Drugiej Rzeczpospolitej. Pałac hrabiego Romana Skirmunta (1868–1939). Widok zewnętrzny. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
W ten sposób los porozrzucał dekoracje dla przyszłej historii. Dwóch przyszłych polityków przemierzało tę samą ziemię, ale patrzyło na świat z okien zupełnie różnych domów.
Historia kradzieży jabłka może wydawać się dziś śmieszna, ale ukazuje wyjątkowe zjawisko historyczne. Ten niewielki zakątek powiatu pińskiego stał się prawdziwą kolebką elit politycznych kilku narodów jednocześnie.

Porzecze. Widok pałacu od tyłu Jasiołdy, około 1915 rok, wikipedia.org
A jeśli Motol wydał na świat pierwszego prezydenta Izraela, a Mołodowa – szefa polskiego MSZ, to Porzecze stało się ojczyzną jednej z kluczowych postaci w historii białoruskiej państwowości. To właśnie tutaj, w tym samym majątku w Porzeczu, gdzie mały Weizmann spieszył się na szaber owoców, urodził się i mieszkał Roman Skirmunt – kuzyn Konstantego, senator RP z województwa poleskiego, deputowany do Dumy Państwowej Imperium Rosyjskiego z guberni mińskiej i premier Białoruskiej Republiki Ludowej.
Postać Romana Skirmunta jest wyjątkowa w historii Białorusi. Był tym rzadkim przedstawicielem „dworu”, który świadomie opowiedział się za Białorusią. Rozumiał, że przyszłość kraju jest niemożliwa bez jedności inteligencji, chłopstwa i elit. I to podejście państwowe nie pojawiło się w próżni – zostało ukształtowane między innymi przez atmosferę Porzecza.
Majątek Porzecze był nie tylko gospodarstwem rolnym, ale wzorem cywilizacji i racjonalizmu wśród bagien Polesia. Ignacy Anichimowski pozostawił entuzjastyczny opis tych miejsc w 1876 roku, gdy Roman Skirmunt był jeszcze dzieckiem:
Porzecze przypomina małe, obce miasteczko. Piękna, dwupiętrowa rezydencja, komfortowo urządzona, otoczona ukwieconymi placami i stylowymi altanami, oplecionymi bluszczem i dzikimi winoroślami. Fronton zdobi fontanna. Z okien roztacza się przyjemny widok na rzekę Jasiołdę, która płynie w pobliżu placów i parku dębowego, rozlewa się szeroko i niknie w oddali. Wszędzie panuje ścisły porządek. Wszystko dzieje się w swoim czasie. Nawet codzienne życie pana Skirmunta [Aleksandra Skirmunta – ojca Romana – przyp. autora] jest dostosowane do fabrycznego dzwonka. Patrząc na tych racjonalnie aktywnych ludzi, zaczyna się rozumieć wartość czasu pracy […]. Ze szczególną przyjemnością przyglądałem się uporządkowanemu rolnictwu, starannej uprawie lasów oraz szerokim i zadbanym drogom.
To właśnie w tym „racjonalnie aktywnym” środowisku, przy dźwięku dzwonka fabrycznego, kształtowała się postać przyszłego premiera Białoruskiej Republiki Ludowej. W dramatycznym roku 1918 przejął on odpowiedzialność za rządy Białoruskiej Republiki Ludowej, starając się bronić prawa Białorusi do własnego miejsca na mapie Europy poprzez dyplomację i osobisty autorytet.
I fakt ten organicznie dopełnia ten niewiarygodny paradoks historyczny: na małym skrawku ziemi Polesia krzyżują się drogi ludzi, którzy wnieśli istotny wkład w kształtowanie się państwowości Izraela, Polski i Białorusi.
Każdy z nich urodził się na Polesiu i osiągnął znaczące sukcesy w polityce. Być może główna różnica polega na uczczeniu ich pamięci: los rozproszył ich nie tylko za życia, ale i po śmierci. Chaim Weizmann spoczywa w Izraelu jako ojciec narodu, jego imieniem nazywane są instytucje i ulice. Konstanty Skirmunt odnalazł spokój na polskiej ziemi pod godnym pomnikiem. I tylko Roman Skirmunt spoczywa w domu, w ziemi, której pozostał wierny. Po najeździe sowieckim na Polskę został zamordowany 7 października 1939 w rodzinnym majątku w Porzeczu przez zrewoltowane chłopstwo, podjudzane przez komunistycznych agitatorów po wkroczeniu Armii Czerwonej (formalnie został skazany na karę śmierci). Pochowany został w pałacowym parku. W sąsiednim majątku Mołodowo zamordowano również jego innych krewnych.
Skromny żelazny krzyż nad jego grobem jest upamiętnieniem patrioty swojej ojczyzny.

Mogiła Romana Skirmunta. Zdjęcie z archiwum Hrodna.life
Ta historia jest dla nas dziś cennym przypomnieniem. Świat jest o wiele mniejszy, niż się wydaje, a białoruska ziemia kryje w sobie miejsca godne nie tylko podręczników historii, ale i hollywoodzkich filmów. I kto wie, może to jabłko skradzione w Porzeczu rzeczywiście dało Chaimowi Weizmannowi energię do zmiany mapy Bliskiego Wschodu, podczas gdy jego rodacy walczyli o przyszłość Europy Wschodniej.
Autor: Mikalai Zayats/ hrodna.life










Dodaj komentarz
Uwaga! Nie będą publikowane komentarze zawierające treści obraźliwe, niecenzuralne, nawołujące do przemocy czy podżegające do nienawiści!