• Ukraina
  • Białoruś
  • Rosja
  • Litwa
  • Region Bałtyku
  • Azja i Zakaukazie
  • Na Świecie
  • Historia i Wspomnienia
  • Kultura
  • Podróże po Kresach
  • Wyszukiwarka Kresowa
  • Kalendarium Kresów
    • Styczeń w Historii Kresów
    • Luty w Historii Kresów
    • Marzec w Historii Kresów
    • Kwiecień w Historii Kresów
    • Maj w Historii Kresów
    • Czerwiec w Historii Kresów
    • Lipiec w Historii Kresów
    • Sierpień w Historii Kresów
    • Wrzesień w Historii Kresów
    • Październik w Historii Kresów
    • Listopad w Historii Kresów
    • Grudzień w Historii Kresów
  • Polacy na Wschodzie
  • Biblioteka Kresowa
  • Kuchnia Kresowa
Kresy24.pl – Wschodnia Gazeta Codzienna
  • 12 maj 2026
  • Gazety i Czasopisma Kresowe
    • Archiwum Dziennika Kijowskiego
    • Archiwum Gazety Polskiej Bukowiny
    • Archiwum Głosu Polonii
    • Archiwum Głosu znad Niemna
    • Archiwum Kuriera Galicyjskiego
    • Archiwum Kwartalnika Echa Polesia
    • Archiwum Kwartalnika Krynica
    • Archiwum Magazynu Polskiego
    • Archiwum Monitora Wołyńskiego
    • Archiwum Mozaiki Berdyczowskiej
    • Archiwum pisma Nasze Drogi
    • Archiwum pisma Polacy Donbasu
    • Archiwum pisma Polonia Charkowa
    • Archiwum pisma Wołanie z Wołynia
    • Archiwum Polak na Łotwie
    • Archiwum Polaka Małego
    • Archiwum Polaka w Niemczech
    • Archiwum Słowa Polskiego
    • Archiwum Słowa Życia
    • Archiwum Tęczy Żytomierszczyzny
    • Archiwum Gazety Polak Mały
Kresy24.pl - Wschodnia Gazeta Codzienna
  • Ukraina
  • Białoruś
  • Rosja
  • Litwa
  • Region Bałtyku
  • Azja i Zakaukazie
  • Na Świecie
  • Historia i Wspomnienia
  • Kultura
  • Podróże po Kresach
  • Wyszukiwarka Kresowa
  • Kalendarium Kresów
    • Styczeń w Historii Kresów
    • Luty w Historii Kresów
    • Marzec w Historii Kresów
    • Kwiecień w Historii Kresów
    • Maj w Historii Kresów
    • Czerwiec w Historii Kresów
    • Lipiec w Historii Kresów
    • Sierpień w Historii Kresów
    • Wrzesień w Historii Kresów
    • Październik w Historii Kresów
    • Listopad w Historii Kresów
    • Grudzień w Historii Kresów
  • Polacy na Wschodzie
  • Biblioteka Kresowa
  • Kuchnia Kresowa
Home
Niepodległość

Wrzesień 1939 – próba nowego spojrzenia

01 wrz 2024 Historia i Wspomnienia, Niepodległość 1 comments

Wara! (polski plakat drugowojenny)

Wara! (polski plakat drugowojenny). Fot. polona.pl/domena publiczna

W realiach roku 1939 Polska w wojnie z Niemcami nie miała żadnych szans. Polemiki, jakie się toczą wokół kampanii już od ponad sześćdziesięciu lat, odnoszą się zatem zarówno do głębokich geopolitycznych przesłanek klęski, jak i jej uwarunkowań wojskowych. Istotę sporu oddaje retoryczne pytanie kpt. Felicjana Majorkiewicza: czy dało się drożej sprzedać żołnierską krew?

Niekwestionowany znawca i analityk kampanii płk Marian Porwit stwierdził, że została przegrana nie na miarę sił zbrojnych państwa o trzydziestopięciomilionowej ludności, zwłaszcza jeśli idzie o charakter i rozmiar walk. Aby rzetel­nie zweryfikować tę opinię, trzeba nie tylko odwołać się do optymalnych, gabinetowych rozwiązań, ale i podjąć studia porównawcze nad wysiłkiem bojowym armii francuskiej w 1940 roku i radzieckiej latem 1941 roku.

Bardziej satysfakcjonujący wynik wojny zależał od przyjęcia racjonalnego i efektywnego planu obrony oraz jego perfekcyjnej realizacji. Marszałek Edward Rydz-Śmigły zdaniem swego szefa sztabu gen. Wacława Stachiewicza, opierał strategiczną kalkulację na jedynym możliwym założeniu, że walka o czas mogła być, w naszych warunkach tylko strategicznym opóźnianiem […] do czasu odciążenia naszego frontu. Rozstrzygnięcie mogło zapaść tylko na froncie zachodnim. Wobec wymogów politycznych i gospodarczych naczelny wódz przez kolejne ustępstwa sprzeniewierzył mu się ostatecznie. Kordonowe ugrupowanie, w jakim uszykowano wojska, oznaczało bowiem konieczność podjęcia walki wszystkimi niemal siłami od pierwszych minut wojny. Jednym z argumentów na obronę tak zasadniczego odstępstwa od idei przewodniej był fakt, że na kresach zachodnich znajdowało się centrum przemysłowe kraju, jak też główne ośrodki mobilizacyjne polskiego rekruta. Płynie z tego wniosek, że ziem tych nale­żało bronić najdłużej, opuszczając je dopiero po planowej ewakuacji. Zadajmy jednak pytanie, jakie w warunkach rozgardiaszu na szlakach komunikacyjnych były jej realne wyniki i czy podobnych nie uzyskano by, opóźniając nawałę niemiecką za pomocą oddziałów osłonowych, np. stosunkowo mobilnej kawalerii.

Inną próbą rozgrzeszenia naczelnego wodza jest twierdzenie, że tylko poprzez zaangażowanie wszystkich sił Wojska Polskiego można było wymusić dotrzymanie gwarancji przez sojuszników, zwłaszcza wobec ewentualności poszukiwania przez Berlin modus vivendi z Zachodem po osią­gnięciu planowanych zdobyczy terytorialnych w Polsce. Wiemy jednak, że celem Hitlera było całkowite zniszczenie Polski. Nie chodzi o osią­gnięcie określonej rubieży ani o ustalenie nowej gra­nicy – mówił na odprawie generalicji w Obersalzbergu jeszcze przed rozpoczęciem działań – lecz o zniszczenie nieprzyjaciela, do czego należy usilnie dążyć wszelkimi sposobami. Czy führer byłby skłonny zrewidować ów strategiczny plan i po­dejmować niepewne negocjacje w warunkach zagrożenia, jakie stanowiłby nienaruszony polski potencjał militarny?

Naczelny wódz czy jeździec bez głowy

Kolejnym punktem oceny Rydza-Śmigłego – tu historycy, a nawet świadkowie są zadziwiają­co zgodni – jest karygodny wręcz sposób wdroże­nia planu wojny w życie. Ówczesny szef Oddzia­łu Operacyjnego Sztabu Głównego płk Stanisław Kopański zauważył nader ostrożnie: Koncepcja dalszych działań wojennych, poza okresem wstępnym, ujętym w wytycznych dla dowódców armii, jeśli istnia­ła w umyśle przyszłego Wodza Naczelnego i znana była jego najbliższym współpracownikom (szefowi Sztabu i jego zastępcy), to na pewno nie była ujawnio­na Oddziałowi Operacyjnemu. Nie była więc przepra­cowana przez Sztab, ani też przygotowana w terenie. Przy defensywnych założeniach w wymiarze stra­tegicznym był to błąd wręcz kardynalny. O jego operacyjnych skutkach pisał niemal na gorąco ówczesny dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej płk Stefan Rowecki: Jak można byto, konstruując plan wojny z Niemcami, nie wziąć pod uwagę konieczności solidnego przygotowania podstawy do manewru i bazy asekuracyjnej na ewen­tualne początkowe niepowodzenia, jaką stwarzała przyroda w postaci naturalnej linii oparcia na Wiśle, Sanie i Narwi.

Plan wojny, nie dość, że ogólnikowy i nierozpracowany w kolejnych stadiach, marszałek co gorsza otoczył niezrozumiałym wręcz nimbem tajemnicy nie tylko wobec własnego sztabu. Gen. Czesław Młot-Fijałkowski sądził (słusznie!), że naczelny wódz odziedziczył tę metodę postę­powania po marszałku Piłsudskim.

Kolejnym błędem stała się, również wyniesio­na z wojny 1920 roku, skrajna wręcz centraliza­cja dowodzenia. Nawet tak lojalny obrońca zwierzchnika jak gen. Stachiewicz zauważa, że na warunkach pracy Naczelnego Dowództwa, dowództw armii i grup operacyjnych ujemnie odbił się brak organizacyjnych dowództw grup armii (frontów) oraz zbyt mała liczba dowództw grup operacyjnych (korpusów). Efektem, już w trakcie kampanii, stały się ingerencje Rydza-Śmigłego w rozkazodawstwo na poziomie dywizji i brygad, niemal zawsze spóźnione i nie­adekwatne do sytuacji. Stało się tak, ponieważ, jak zauważa trafnie płk Porwit, marszałek wziął na siebie obowiązki ponad siły, i to bez prawidłowej pomocy sztabu. Co gorsza, czego można było i należało się spodziewać, naczelny wódz, w wa­runkach rwącej się łączności pozbawiony najda­lej po kilku dniach możliwości realnej komuni­kacji z podwładnymi, utracił praktycznie możli­wość kierowania operacjami. W rezultacie dowódcy armii, a nawet dywizji, toczyli własne wojny. Potwierdziła się zatem diagnoza francu­skich sojuszników, którzy oceniali Rydza-Śmigłego jako pozbawionego błyskotliwości, mało inteligentnego, drobiazgowego, ale upartego i energicznego.

Skuteczniejszy opór wymagał od polskiej stro­ny perfekcyjnego dowodzenia na wszystkich szczeblach. Niemieckie panowanie w powietrzu paraliżowało możliwość sprawnego i skrytego przed wzrokiem przeciwnika przerzucania woj­ska, a użycie transportu motorowego dawało Wehrmachtowi możność szybszego skupiania swych sił. Wojna zamieniła się w wyścig polskie­go piechura i kopyt koni z silnikami niemieckich ciężarówek i czołgów. Dowódcy polscy nie mogli sobie w tej sytuacji pozwolić na błąd, gdyż nie tylko nie można było go później naprawić, ale – co gorsza – jego skutki nawarstwiały się. Tymcza­sem dowodzenie operacyjne stało na relatywnie niskim poziomie i okazało się bodaj najsłabszym elementem Wojska Polskiego w 1939 roku.

Blamaż legionowych generałów

Trudno mieć do naczelnego wodza pretensje o taką, a nie inną obsadę wyższych dowództw w chwili rozpoczęcia kampanii, bowiem pokojo­we opinie nie muszą się sprawdzać, i często nie sprawdzają się, na wojnie. Rydz musiał nadto zachować kadrową równowagę między dwiema grupami generałów przewidywanych do wojny przeciwko Niemcom i Związkowi Radzieckie­mu. Nie usprawiedliwia to jednak decyzji perso­nalnych, jakie powziął już w trakcie kampanii. Niewykorzystanie aż do 10 września gen. Kazi­mierza Sosnkowskiego, mimo jego natarczy­wych próśb, musi zdumiewać, oburzać zaś – po­wierzenie skompromitowanemu w początko­wym etapie wojny gen. Stefanowi Dębowi-Biernackiemu (przestępcy wojennemu, który bez bitwy pozwolił na rozbicie swojej armii i dalej przestępczo nie chciał ująć w karby cofających się wojsk – jak oceniał jego zachowanie w meldunku do Rydza jeden z podkomendnych) kluczowego stanowi­ska dowódcy Frontu Północnego. Pod Tomaszo­wem, gdy jego chaotyczne dowodzenie dopro­wadziło do klęski w tej bitwie może najważniej­szej w całej kampanii bitwy, przebrawszy się w cywilne ubranie, ponownie zbiegł z pola wal­ki, dając dowód nie tylko braku kompetencji, ale i tchórzostwa. Podobnie rzecz miała się z gen. Kazimierzem Fabrycym, który zasłaniając się rzekomą chorobą, nie tylko porzucił po prze­łamaniu przez Niemców linii obrony Sanu Armię „Małopolska” i odjechał do Lwowa, ale następnie odmówił (!) powrotu na front. Nic dziwnego, że obarczenie go następnie funkcją koordynatora obrony na „przyczółku rumuń­skim” wywołało wręcz niedowierzanie oficerów Sztabu Naczelnego Wodza. Wyjaśnieniem tych zadziwiających posunięć może być charakter Rydza. Przypomnijmy tu opinię marszałka Piłsudskiego, że bywał co do otoczenia własnego […] kapryśny i wygodny, szukający łudzi, z którymi by nie potrzebował wałczyć, lub mieć jakiekolwiek spory.

Zarzut zbytniej pobłażliwości, a właściwie nieumiejętności oceny ludzi, dotyczy także sze­fa sztabu naczelnego wodza gen. Stachiewicza. Wiedząc o karygodnym postępku dowódcy Armii „Łódź” gen. Juliusza Rómmla, który po lotniczym bombardowaniu swego sztabu lekko tylko kontuzjowany zbiegł do Warszawy, pozo­stawiając wszystko na łasce losu, Stachiewicz wskazał go na dowódcę Grupy Armii „Warsza­wa”, a było to zadanie pierwszorzędnej wagi. Skutki okazały się fatalne, gdyż Rómmel nie chciał udzielić na jej przepolach pomocy ani wojskom gen. Wiktora Thomméego, ani wes­przeć krwawiących nad Bzurą oddziałów Armii „Poznań” i „Pomorze”.

Krytycznie należy ocenić styl dowodzenia na szczeblu związków operacyjnych. Obok Dęba-Biernackiego, Rómmla i Fabrycego, zasługują­cych na najsurowszy osąd, należy napiętnować także uznawanego za największy talent wojska gen. Bortnowskiego z Armii „Pomorze”. Jego impulsywny podkomendny gen. Mikołaj Bołtuć wyrzucał sobie później grzech, że w pierwszych dniach wojny, w czasie bitwy w Borach Tuchol­skich, nie dał mu kuli w łeb i nie objął dowództwa. Gdy Bortnowski zawiódł ponownie nad Bzurą, stając się głównym winowajcą klęski, nie krępo­wał już języka: jak zginę, to niech wszyscy wie­dzą, że zginąłem ja i armia z winy tego skurwysy­na. Nie sprawdził się też dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew” gen. Młot-Fijałkowski, a co najwyżej na dostateczną ocenę zasłużył gen. Tadeusz Piskor, mimo że objął Armię „Lublin” już w trakcie kampanii, początkowo niemal bez wojska i z przeciwnikiem na karku. Poza Rómmlem byli to bez wyjątku legioniści, przez lata faworyzowani ponad swe możliwości intelektualne. Honoru podkomendnych Piłsudskiego bronili na najwyższych szczeblach jedy­nie dwaj generałowie. Sosnkowski dowodził, jak na warunki, w których przyszło mu działać, przytomnie i potrafił samemu iść do bitwy, a nie, jak wielu, od niej uciekać. Gen. Franci­szek Kleeberg zasłużył na szczególne miejsce w narodowym panteonie nie tyle na polu walki, bo bitwa pod Kockiem miała dla kampanii zna­czenie li tylko symboliczne, ile determinacją w realizacji przedsięwziętego planu. Okazał to, czego brakło Kutrzebie – żołnierski charakter. Dzięki instynktownej decyzji marszu na Zachód ocalił swych oficerów przed losem jeńców Ko­zielska i Katynia, a żołnierzy przed radzieckimi łagrami.

Siła rutyny

O wiele lepiej wypadli w kampanii oficerowie byłych armii zaborczych. Przejście przez wojsko­we akademie i znajomość dowodzenia na kolej­nych szczeblach, pozwalały im na zachowanie w trudnych sytuacjach chłodnego profesjonali­zmu i zimnej krwi. Kontradm. Józef Unrug, choć można mieć zastrzeżenia do jego decyzji w kwe­stii operacyjnego użycia floty, twardo sprawował dowództwo nad całością obrony Wybrzeża. Gen. Emil Przedrzymirski-Krukowicz nie ustrzegł się błędów, ale też najdłużej potrafił utrzymać karność i zdolność bojową w szeregach kilka­krotnie rozpraszanej Armii „Modlin”.

Gen. Tadeusz Kutrzeba, poprzez swój „zwrot zaczepny” nad Bzurą, stał się jednym z symboli wojny 1939 roku, w związku z czym oceny jego dowodzenia bywają przesadnie wysokie. Tymcza­sem potwierdziły się wcześniejsze opinie podkre­ślające wybitny zmysł operacyjny dowódcy Armii „Poznań”, a zarazem kwestionujące równie ważne na tak wysokim szczeblu cechy osobowe. Znają­cy go dobrze gen. Thommée zauważył, że chwiejność i wahanie częstokroć przeszkadzały mu w wyko­naniu raz powziętych decyzji. Potwierdził to gen. Roman Abraham, podkomendny Kutrzeby: jego wartości dowódcze umniejszała [podkr. aut.] wysoka kultura osobista i zbyt daleko posunięte poczucie kole­żeństwa, co powodowało brak żołnierskiej bezwzgłędności w zdecydowanym wymuszaniu powziętych decy­zji. Tłumaczy to, dlaczego nie potrafił z całą konsekwencją przeprowadzić swych planów i w newralgicznym momencie bitwy nad Bzurą uległ defetystycznie nastrojonemu Bortnowskiemu, co doprowadziło do największej w kampanii klęski. Dowody opanowania żołnierskiego rzemiosła, i to najwyższej próby, dali dwaj generałowie wy­wodzący się z armii rosyjskiej. Antoni Szylling kie­rował Armią „Kraków” z wielką rozwagą, unikając rozwiązań ryzykanckich, a wybierając optymalne. Dzięki temu, kilkakrotnie oskrzydlany i otaczany, zdołał przeprowadzić oddziały bez efektownych, ale przegranych wielkich bitew znad granicy aż na Lubelszczyznę, wypełniając zresztą skrupulatnie instrukcje naczelnego wodza.

Gen. Thommée (początkowo Grupa Operacyjna „Piotrków”, a  następnie  dowódca  obrony Modlina) dokonał sztuki równie wielkiej: zebrał porzucone przez Rómmla, częściowo zdemoralizowane dywizje Armii „Łódź” i natchnął takim duchem, że nie ustąpiły już przeciwnikowi aż do końca kampa­nii. Jeden z jego podwładnych mjr Władysław Naprawa pisał:  dal się poznać jako człowiek o niesłychanej energii, tężyźnie i żołnierskim faso­nie. Nie było widać po generale jakiegoś załama­nia się, a przeciwnie, podnosił nas wszystkich na duchu, wierząc, że sytuacja wcale nie jest beznadziejna, a kryzys wojny będzie opanowany.

Dowodzenie grupami operacyjnymi było nad wyraz trudne, dlatego ocena ich dowód­ców musi być stonowana. Generałowie, którym je powierzono, często już w trakcie kampanii, nie dysponowali zazwyczaj ani koniecznym instrumentarium (sztaby!), ani niezbędną wie­dzą na temat stanu i rzeczywistych możliwości wojsk. Gen. Stanisław Skwarczyński w pierw­szych dniach wojny był kolejno dowódcą Korpusu Interwencyjnego, następnie Grupy „Wyszków” i Zgrupowania Południowego Armii „Prusy”. O podobnym przypadku pisał płk Bro­nisław Prugar-Ketling, komentując rozkazy zwierzchnika gen. Kazimierza Orlika-Łukoskiego (Grupa Operacyjna „Jasło”): Bezsilna wście­kłość ogarnęła mnie w pierwszym rzędzie na do­wództwo grupy operacyjnej, które już po raz trzeci w tej kampanii przez swoje niedołęstwo wpakowało mnie w bardzo głupiq i ciężką sytuację.

Najlepiej na tym tle wypadł gen. Wilhelm Orlik-Rückeman, jedyny polski dowódca, który wobec co najmniej dwuznacznej postawy naczel­nego wodza, potrafił wziąć na siebie ciężar sym­bolicznej walki z Rosjanami. Na wysokie noty za­służył gen. Stanisław Jagmin-Sadowski. Na dobre – gen. Abraham, bojowy dowódca Wielkopol­skiej Brygady Kawalerii, i Wincenty Kowalski, który łączył dowodzenie grupą z komendą 1. Dy­wizji Piechoty Legionów. Na uznanie zasłużył też dowódca obrony Warsza­wy gen. Walerian Czuma, który nie tylko musiał walczyć z Niemcami, ale i znosić  zwierzchnictwo gen. Rómmla.

Wbrew lansowanym ostatnio hagiograficznym opiniom dowodzenie gen. Władysława Andersa (gru­pa operacyjna kawalerii) stało   poniżej średniej. Głównym jego osiągnię­ciem było konsekwentne unikanie zaangażowania swych sił, choć akurat był tam, gdzie bić się należało. Płk Adam Bogorya-Zakrzewski stwierdził później z goryczą, że Anders postanowił natychmiast przebijać się na Wę­gry, czym się da i jak się da. Podobnie nisko wypa­da oceniać dokonania generałów Bołtucia (Grupa Operacyjna „Wschód”)  i Stanisława  Grzmota-Skotnickiego (Grupa Operacyjna „Czersk”) z Armii „Pomorze”, którzy jednak potrafili przy­najmniej dzielnie się bić i zginąć na posterunku.

Jaki pan, taki kram

Wobec przebiegu kampanii głównym mier­nikiem kunsztu dowódców wielkich jednostek muszą być nie tyle rzadkie sukcesy czy porażki, bo zależały one głównie od narzuconych przez zwierzchników i przeciwnika okoliczności, ile umiejętność utrzymania oddziałów, pomimo niepowodzeń i niekończących się odwrotów. Godnymi najwyższych laurów okazali się puł­kownicy: Stanisław Maczek, jeden z nielicz­nych, który nie dał się do końca rozbić, a także Prugar-Ketling, który odniósł jedno z piękniej­szych, choć epizodycznych zwycięstw w kam­panii, Adam Epler (60. DP), bijący i bolszewi­ków, i Niemców, oraz gen. Zygmunt Podhorski (Suwalska Brygada Kawalerii i Dywizja Kawale­rii „Zaza”), walczący nieprzerwanie od l wrze­śnia do 5 października. Z szacunkiem trzeba też wspomnieć tych, którzy podzielili losy wal­czących do ostatniego naboju żołnierzy: gen. Józefa Kustronia i Franciszka Włada oraz płk. Wacława Klaczyńskiego. Płk Stanisław Dąbek popełnił w walkach pod Gdynią błędy, ale okupił je osobistym męstwem i na koniec samobójczą kulą. Próbował się również zabić płk Leopold Endel-Ragis po zawinionej klęsce 22. Dywizji Piechoty pod Baranowem.

Wyjątkowe warunki dowodzenia powodowa­ły, że ci, którzy potrafili z najwyższym kunsztem odeprzeć na przygotowanych do obrony tere­nach przygranicznych pierwsze ataki niemiec­kie, jak płk. Julian Filipowicz, Janusz Gaładyk i Wilhelm Lawicz-Liszka, w dalszych odwroto­wych fazach kampanii nie umieli już wydobyć ze swych żołnierzy równego poświęcenia.

Charakterystyczne, że przykład, tak dobry, jak i zły, szedł z góry. W armiach gen. Szyllinga i Thomméego, którzy trzymali wojsko twardą ręką, gen. Leopold Cehak (Słoweniec z pocho­dzenia, źle mówiący po polsku), Bernard Mond i Zygmunt Piasecki oraz płk. Stanisław Kalabiński, Władysław Powierza i Antoni Staich pozostali ze swymi żołnierzami do końca. Na przypomnie­nie zasługują również ci, którzy w totalnej kata­strofie, jaka nastąpiła w ostatniej fazie bitwy nad Bzurą, potrafili zachować zwartość swych jedno­stek i wyprowadzić je z kotła. Poza wspomnianym już Abrahamem byli to gen. Franciszek Alter, Zyg­munt Przyjałkowski i płk Ludwik Strzelecki.

Znacznie gorzej wyglądało to „na podwórku” Rómmla, Dęba-Biernackiego i Bortnowskiego. W Armii „Łódź” za przykładem przełożonego wojska opuściło aż trzech dowódców. Gen. Władysław Bończa-Uzdowski, dowódca 28. DP, choć, jak oceniał to gen. Thommée, drapnął do Warszawy, odnalazł się po kilku dniach w Modlinie. Opamiętał się także płk Stefan Hanka-Kulesza (Kresowa Brygada Kawalerii), zapisu­jąc ładny epizod w walce z Rosjanami jako dowódca improwizowanej Grupy „Dubno”. Płk Edward Dojan-Surówka (2. DP Leg.) nie tylko nie okazał się, jak spodziewał się tego w swych przedwojennych ocenach płk Rowecki, dobrym dowódcą dywizji, ale nie pofatygo­wał się osobiście do pierwszej bitwy, a co gorsza był jednym z pierwszych wojskowych, którzy znaleźli się poza granicami Rzeczypospo­litej, i to jeszcze przed agresją ZSRR.

Zagubili się w większości podkomendni Dęba-Biernackiego, bijąc się źle i bez przekona­nia. Gen. Gustaw Paszkiewicz, skarżący się na sercowe niedomagania, i płk Ignacy Oziewicz, lekko draśnięty, zdradzali chęć jak najszybszego oderwania się nie tylko od przeciwnika, ale i własnych, pozostawionych samopas żołnierzy. Brzemienne w skutki błędy w dowodzeniu popełniali też za przykładem gen. Bortnowskiego niemal wszyscy wyżsi oficerowie Armii „Pomorze” – gen. Juliusz Drapella i Grzmot-Skotnicki oraz płk. Tadeusz Lubicz-Niezabitowski i Stanisław Świtalski.

Potrzeba obiektywnej oceny

Oceny oficerów i żołnierzy Września nie sposób zawrzeć w   alternatywie: bohaterowie i tchórze. O wiele częściej praw­da o kampanii mieści się w dra­macie konieczności podejmowa­nia niewykonalnych zadań i próbach wypełniania nierealnych rozkazów. Żołnierz, gdy był dobrze dowodzony i miał szansę stawienia skutecznego oporu na przygotowanych zawczasu pozycjach, bił się dobrze, a nawet świetnie. W ekstremalnie trudnych warunkach były przykłady graniczącego z fanatyzmem bohaterstwa: walka załóg Węgier­skiej Górki, Borowej Góry i Wizny, obrona War­szawy, Lwowa i Wybrzeża, postawa Wołyńskiej BK w pierwszych dwóch dniach wojny, szaleńcza odwaga kawalerzystów gen. Abrahama w odwro­cie znad Bzury, bitność 11. Karpackiej DP w La­sach Janowskich, odporność 1. DPLeg., zwanej przez Niemców z szacunkiem „żelazną”, odyseja zgrupowania KOP i GO „Polesie” i oczywiście twarda postawa 10. Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej. Były też równie liczne przykłady nie­zrozumiałego pozornie załama­nia całych jednostek, jak klęska 8. DP płk. Teodora Furgalskiego i 20. DP Lawicza-Liszki w od­wrocie spod Mławy czy rozejście się Wileńskiej BK płk. Konstan­tego Druckiego-Lubeckiego na przeprawach przez Wisłę. Wiele zależało nie tylko od umiejętno­ści i woli walki dowódców, ale także momentu, w jakim nad­chodził   kryzys. Rozprężenie i dezorganizacja zdarzały się bo­wiem częściej w pierwszym eta­pie kampanii, gdzie pozornie szanse były bardziej wyrównane, niż w ciężkich walkach odwroto­wych pod jej koniec,   kiedy zwykle bito się dla honoru, do wyczerpania wszystkich możliwości, bez szans na sukces. Tłu­maczyć to trzeba okrzepnięciem wojska, które mniej nerwowo reagowało na nieprzyjacielskie samoloty i czołgi.

Pozytywni bohaterowie Września nie doczekali się za­zwyczaj za   życia   należnego uznania. W wojskowej ekipie gen. Sikorskiego szansę otrzy­mali przede wszystkim ci, któ­rzy nie mieli  piłsudczykowskich powiązań i zjawili się dostatecznie szybko, aby objąć nieliczne stanowiska. Na czele wielkich jednostek stanęli za­tem zarówno Prugar-Ketling i Maczek, jak i gen. Rudolf Dreszer, który we wrześniu nie wykazał się niczym, a nieco później również Paszkiewicz. Zdumiewa potraktowanie płk Eplera, któ­ry trafiwszy do Francji jesienią 1940 roku, nie otrzymał żadnego przydziału, i przede wszyst­kim Orlika-Rückemana, jednego z bohaterów kampanii 1939 roku, który daremnie (!) zabie­gał o przyjęcie do wojska. Z drugiej strony na niczym spełzło śledztwo w sprawie zachowania Dęba-Biernackiego, który poniósł karę za próby politycznego frondowania w wojsku, a nie za haniebną postawę na polu bitwy.

Zamysł polityczny domino­wał także w ocenach powojen­nych. W PRL gen. Rómmla, tyl­ko dlatego, że powrócił do kra­ju, nominowano do roli obroń­cy Warszawy. Od pewnego mo­mentu ciepło pisano również o Kutrzebie, a potem o Kleebergu, ponieważ umarli niejako „na czas” i nie zdążyli zaangażować się w polityczne działania powo­jennej emigracji. Wielki dowód­ca września gen. Thommée żył w Polsce w nędzy i poniewierce. Na emigracji w Londynie i No­wym Jorku także wyżej ceniono koteryjne powiązania i politycz­ne układy niż rzeczywiste zasłu­gi – wszak główną rolę grał tam Anders, który we wrześniu, jak i potem pod Monte Cassino, nie okazał talentów na miarę oczekiwań, podczas gdy Ma­czek i Szylling, najwybitniejsi polscy dowódcy tej wojny, pozostali na dalszym planie.

Prof. Paweł Piotr Wieczorkiewicz (1948-2009), historyk wojskowości, pracował w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego

„Mówią wieki”, wrzesień 2002

Ważne? Ciekawe? Podaj dalej:

Nie przegap w tym temacie:

Historia Grodna, Kresów, Polski i Polaków przez pryzmat losu p. Marii DutkiewiczHistoria Grodna, Kresów, Polski i Polaków przez pryzmat losu p. Marii Dutkiewicz Default ThumbnailDokumenty obrony Lwowa 1939, cz. XI (18 września) Default ThumbnailDokumenty obrony Lwowa 1939, cz. X (17 września)
  • Tagi
  • II Rzeczpospolita
  • II wojna światowa
  • iii rzesza
  • wojna
  • wrzesień 1939

1 komentarz

  1. LT
    2 września 2024 o 00:24 Odpowiedz

    Doskonaly artylul ukazujacy prawde historyczna.
    Dodam tylko po wojnie gen Thomee mieszkal I pracowal w Gdyni jako stroz.I kto sie nim zainteresowal i przyznal emeryture?
    Marszalek Rokossowski–az trudno uwierzyc.
    Ciekawy epizod dotyczacy gen Juliusza Romla.17 wrzesnia rano w oblezonej Warszawie probowal dokonac zamachu stanu I oglosic sie naczelnym wodzem
    W Godzinach rannych spotkal sie z pracownikami ambasady sowieckiej I uslyszal ,ze rzad I wodz uciekli do Rumunii I naczelnym wodzem jest gen Sikorski.
    Jak to mozliwe?Rzad byl jedzcze w Polsce,a wodz wyjechal 18 wrzesnia.
    Kolejna tajemnica bez odpowiedzi.

Dodaj swój komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Uwaga! Komentarze naruszające prawo będą usuwane, a dane autorów - przekazywane organom ścigania.

Najnowsze wiadomości
Andrzej Poczobut uwolniony!

Andrzej Poczobut uwolniony!

Kresy24.pl zawieszają działalność. Mimo milionów czytelników. Oto powód

Kresy24.pl zawieszają działalność. Mimo milionów czytelników. Oto powód

Trump: Z niecierpliwością czekam na Łukaszenkę w USA

Trump: Z niecierpliwością czekam na Łukaszenkę w USA

Burza po słowach prezesa: Rheinmetall tłumaczy się Ukraińcom

Burza po słowach prezesa: Rheinmetall tłumaczy się Ukraińcom

MSZ RP: Nigdy nie zaakceptujemy Białorusi jako części ruskiego miru

MSZ RP: Nigdy nie zaakceptujemy Białorusi jako części ruskiego miru

Zdrada i terroryzm. Fico ma poważne kłopoty

Zdrada i terroryzm. Fico ma poważne kłopoty

W Rosji zabierają ludziom wypłaty! Potrzebne na wojnę

W Rosji zabierają ludziom wypłaty! Potrzebne na wojnę

Poparcie dla Putina ostro w dół! Najgorszy wynik od początku wojny

Poparcie dla Putina ostro w dół! Najgorszy wynik od początku wojny

W ruskim mirze bez zmian. Zamiast leku na raka, ulepszyli narzędzie zabijania. Już produkują

W ruskim mirze bez zmian. Zamiast leku na raka, ulepszyli narzędzie zabijania. Już produkują

Ukraina i Arabia Saudyjska zawarły porozumienie wojskowe

Ukraina i Arabia Saudyjska zawarły porozumienie wojskowe

© Kresy24.pl 2018. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.  Kontakt | Polityka prywatności
Produkcja: Fundacja Wolność i Demokracja