Stosunki rówieńsko-polskie: orgazm na granicy

13 września 2017

Fot.: IPN, gra planszowa „Kolejka”

 

„Przemytnicy i celnicy, czyli orgazm na granicy” śpiewał polski zespół Big Cyc w piosence „Berlin Zachodni”, gdy w latach 90. Polacy zaczęli jeździć do Niemiec bez wiz. Po prawie trzydziestu latach czekamy na cover w wykonaniu jakiegoś ukraińskiego rockowego zespołu…






Co można zrobić w dziewięć godzin? Podliczyć oszczędności, wysiedzieć hemoroidy, zjeść bochenek kanapek, nauczyć się na pamięć tablicy Mendelejewa, dwa razy załadować smartfona, rozplanować następną dekadę życia i podsumować ostatnie dziesięciolecie, iść około pięć razy do toalety, wymyśleć imię dla psa… Jedno jest pewne. W dziewięć godzin samochodem lub autobusem można przekroczyć polsko-ukraińską granicę.

Bezwiz – bezwizem, ale tradycja musi być dochowana. Lud może, co najwyżej bezwizowo, ale nie bezkarnie przedzierać się przez pogranicze obu krajów. Kolejki były, są i będą. Kiedy trzeba było zapisać się na złożenie dokumentów na wizę, stało się miesiącami w kolejce do kolejki, a potem czekało się jeszcze w kolejce około tygodnia na wyrobienie wizy. Dziś natomiast czeka się w kolejce na przekroczenie granicy bez wizy.






Czekanie na granicy, jak wspominałam, może być konstruktywne, jeśli przeznaczymy je na jakieś konkretne aktywności intelektualne. O fizycznych nie ma mowy. Jeśli siedzisz w zatłoczonym autobusie to jedyna gimnastyka, na jaką możesz sobie pozwolić to umysłowa. Natomiast autobus, w którym mieszkasz dziewięć godzin powoli staje się twoim mikrokosmosem. Kierowca-animator nie da się nudzić pasażerom (tym bardziej konstruktywnie). Rozrywki są w cenie biletu: od wejścia na pokład słuchasz przebojów więzienno-weselnych, a gdy jest już komplet podróżnych zaczyna się rosyjskojęzyczny serial „o niczym”, w którym chcąc nie chcąc oglądasz gonitwę policjantów i złodziei słuchając efektów dźwiękowych strzelaniny. Większość pasażerów dojeżdżając na przejście graniczne oscyluje już między drzemką a fazą REM snu, więc nie docierają do nich słowa nagrań, wnosząc po chrapaniu, jakie roznosi się po autobusie. Gdy stoi się całą noc, rano można zjeść śniadanie. Marynujące się dziewięć godzin mięsko w torbie wydaje aromaty przebijające nawet zapach oleju napędowego z benzyną. Autokar, przy szczelnie zamkniętych drzwiach i nieotwieralnych oknach, symbolicznej klimatyzacji i ludzkich bogato składnikowych wyziewach, staje się powoli wielkim bioreaktorem. Zasłony, które przy najmniejszym ruchu autobusu ocierają się o twarze podróżujących, zostawiają na nich resztki bakterii z kaszlu i kichania poprzednich pasażerów.

Autobus powoli przesuwa się w kolejce. Wreszcie wchodzi ukraińska straż graniczna. Dziś już z karabinem – to niestety znak nowych czasów. Strażniczka oschłym tonem prosi o otwarcie paszportów na stronie ze zdjęciem. Ma makijaż wieczorowo-dyskotekowy. Niebieskie cienie na oczach i czerwone paznokcie do munduru polowego moro z pewnością mogłyby być tematem fantazji (…).

Po czterech godzinach odprawy autobus leniwie przejeżdża na polską stronę. A tam już powiewa biało-czerwona w sąsiedztwie błękitnej! Dom! Niestety, tym razem po polskiej stronie trafił się celnik – alfa samiec. Miotający «kurwami» oficer straży granicznej z orzełkiem na czapce łaje podróżnego z samochodowej kolejki obok. Pech. Często trafiają się też celnicy «formaliści» – bez wyrazu twarzy lub «luzacy» – ze śladowymi pozostałościami uśmiechu.

Paszporty bez wiz zbierane są od pasażerów szybko, ale zabrane przez pogranicznika, sprawdzane są kilka godzin. Kiedy już wrócą z pieczątkami do pasażerów, zaczyna się kontrola bagażu. A tu kartofle ktoś przewozi, bo w Polsce takich nie ma, a to kaszę, bo taka jest tylko na Ukrainie. Jeśli nikt nic nie ma, to zawsze może mieć kierowca. I wtedy cały autokar jedzie do rozmontowania w celu sprawdzenia.

Kolejki muszą być, żeby nie było za szybko, za łatwo i żeby być wdzięcznym, że nie było dłużej – bo to przecież „nie autostrada, a granica”. Żeby być świadomym, że wszystko sobie trzeba wypracować i się wystarać oraz, że cnoty ludzkie takie jak cierpliwość, upór, niestrudzoność i wytrwałość nie mają ceny. Kolejka pokazuje, że jest porządek i kontrola, a nie beztroska i swoboda prowadzące do rozpusty. System się zmienił, ale nie ułatwił. Kolejki jak były, tak są. Po prostu przeniosły się w inne miejsce.

Przypomniała mi się piosenka Krystyny Prońko „Psalm stojących w kolejce”. Posłuchajcie jej sobie przez słuchawki, kiedy kierowca zacznie Was prześladować „chansonami”: „Za czym kolejka ta stoi? Po szarość, po szarość, po szarość (…) Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj, kiedyś te kamienie drgną i polecą jak lawina przez noc, przez noc, przez noc”. To jest piosenka z 1981 roku. A ciągle i znowu aktualna!

Ewa Mańkowska, Ukraińsko-Polski Sojusz imienia Tomasza Padury

Kresy24.pl/monitor-press.com (HHG)

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

3 odpowiedzi Stosunki rówieńsko-polskie: orgazm na granicy

  1. Kazimierz S Odpowiedz

    13 września 2017 w 15:43

    W ostatnich kilku latach na Dzikich Polach „zaginęło” wiele tysięcy sztuk broni z amunicją.

  2. dajmy sobie spokój Odpowiedz

    13 września 2017 w 18:09

    Prawidłowo. Jak się graniczy z dziczą to ostrożność musi być wysoko posunięta.

  3. Japa Odpowiedz

    13 września 2017 w 21:28

    Pani EWO jest Pani WIELKA. Oj gdyby niektórych „przeczołgać” w tych kolejkach, to może by im się klepki we łbach przestawiły w odpowiednie miejsce. Gdyby taki O-48 odlał się w rów koło autobusu. Gdyby mu powywracali paszport i pałą nabili rozum z miejsca poniżej pleców do łba. To by pokochał Ukrainę pierwszą miłością. Gdyby tak Jarosław postał w kolejce to by na Majdan, onego czasu, nie zdążył, co by wyszło mu na polityczne zdrowie.
    Granica to syf, korupcja, chamstwo, kntrabanda, łajdactwo itd., itd……
    Granicę można przekroczyć w tri miga dając w łapę policjantom po służbie przebranym w sportowe stroje, typu dresy. Tak było jest i będzie.
    Ba można i czekać dobrowolnie, ponieważ po zmianie przyjdzie „swój” celnik i zadzwoni do polskiego odpowiednika żeby „etu maszinu nie prowierat”.
    Gdyby nie było zmowy, to nijak na polskich bazarach nie było by fajek po cenach „rynkowych”.
    Co to jest 10 godzin? W latach 90-tych stało się tydzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *