Moje impresje białoruskie. Na kresach Kresów

13 czerwca 2018

– nasz i wielowiekowy sojusznik w ramach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Kraj, którego język jest tak podobny do naszej mowy ojczystej, że w zasadzie nie wymaga żadnego większego przygotowania lingwistycznego, by móc go zrozumieć. Dlaczego wiemy o sobie tak mało, mimo że łączy nas tak wiele? Czy to prawda, że jest to zacofane państwo policyjne, w którym panuje powszechna każdej sfery życia obywatelskiego, włącznie z prywatną? Jak to jest być Polakiem na Białorusi?

O tych oraz innych sprawach będzie traktował ten tekst, który powstał w oparciu o moje dotychczasowe wizyty w tym kraju. Jako że dwie z nich miały miejsce w stosunkowo już odległych czasach postsowieckich przemian politycznych za rządów Stanisława Szuszkiewicza, a dwie kolejne całkiem niedawno za panowania Aleksandra Łukaszenki, mam pewne możliwości porównać sytuację tego państwa wtedy i teraz oraz wyciągnąć jakieś wnioski dotyczące zaobserwowanego kierunku jego rozwoju. Zdaję sobie oczywiście sprawę z czysto teoretycznego charakteru takich rozważań, bowiem, po pierwsze, sytuacja gospodarcza państw o okresie przemian ustrojowych była trudna we wszystkich krajach bloku wschodniego, po drugie zaś, nie można dziś z całą pewnością powiedzieć, jak potoczyłaby się sytuacja na Białorusi, gdyby do objęcia władzy przez Łukaszenkę nie doszło i jak rozwinąłby się ten kraj za notorycznie zmieniających się rządów demokracji parlamentarnej w wydaniu tradycyjnym (np. ograniczającym ilość kadencji głowy państwa).


Brak szerszej wiedzy Polaków na temat wschodniego sąsiada ma kilka przyczyn. Są one ściśle ze sobą związane. Jak już wspomniałem we wstępie, podróże są nieocenionym źródłem naszego poznawania świata. Kiedy jedziemy w jakieś miejsce, mamy niepowtarzalną możliwość spojrzeć na nie oczami ludzi, którzy żyją tam na co dzień. Tym bardziej, gdy choć na chwilę zdecydujemy się zejść z utartych szlaków turystycznych, które zwykle zaciemniają ogólny obraz i sprowadzają się do ukazania danego miejsca w nierealnym, przekolorowanym i krzywym zwierciadle.

By jednak zdecydować się jechać gdziekolwiek, musimy poczuć jakiś bodziec, który nas do tego zachęci. Tymczasem w kraju za Bugiem nie znajdziemy tradycyjnych turystycznych wabików, przyciągających rzesze chętnych do jego zwiedzania. Białoruś nie posiada dostępu do morza, którego funkcję pełni tu podmińskie Zasławie – utworzony na Świsłoczy sztuczny zbiornik wodny. Nie mają tu czego szukać także amatorzy górskich wypadów, ponieważ ziemia ta jest płaska jak stół kuchenny. Najwyżej położony punkt w kraju wznosi się zaledwie na 345 m n.p.m. Jest to znajdująca się około 30 km na południowy-wschód od Mińska Dzierżyńska Góra, a jej wybitność ponad otaczający teren wynosi nie więcej niż 50 metrów. Można rzecz jasna wspomnieć o bezkresnych lasach, które zaczynają się tuż za rogatkami miast. Albo o poleskich bagnach i torfowiskach, gdzie przyroda obfituje w specyficzne okazy flory i fauny. Ale postawmy sprawę jasno – nie są to atrakcje tego kalibru, który przyciągałby rzesze turystów każdego roku. Kiedy dodamy do tego obowiązek posiadania wiz potrzebnych do wjazdu na teren Białorusi, odpowiedź na pytanie o przyczynę omijania jej przez polskich turystów stanie się jasna.


Zapraszamy do dalszej lektury …

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

1 odpowiedź Moje impresje białoruskie. Na kresach Kresów

  1. Tomek Odpowiedz

    13 czerwca 2018 w 22:52

    Autorze, na Litość Boską!
    Nie żadna „Dzierżyńska Góra”, tylko Święta Góra!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *